Czas docenić prowincję

Brak kursów autobusowych wieczorem, poczta otwarta trzy godziny dziennie, szkoła oddalona wiele kilometrów od domu – tak wygląda codzienność na prowincji. Tymczasem polskie peryferie to część naszego potencjału, którego w pełni nie wykorzystujemy.

Według austriackiego historyka Philippa Thera rozważanie efektów transformacji krajów naszego regionu według podziału klasowego jest błędne. Granica między zwycięzcami a przegranymi nie biegła wzdłuż granic klasowych. Wielu robotników znalazło się po stronie beneficjentów przemian, za to wielu inteligentów zostało w tyle. Sukces podzielił nie klasy, ale centrum i peryferie. Wśród przegranych, nie tylko zresztą w Polsce, ale też np. na Słowacji czy Węgrzech, znalazły się przede wszystkim mniejsze miasta. Zwycięzcami zostały za to metropolie.


Zapowiadane więc w kwietniu przez rząd skierowanie do 255 średnich miast nieco większego strumienia środków byłoby krokiem w pożądanym kierunku. Z drugiej strony obiecywane kwoty (2,5 mld zł) to kropla w morzu potrzeb, które narastały przez 27 lat.


Model niemiecko-fiński


Dlaczego właściwie potrzebujemy zrównoważonego terytorialnie rozwoju? Może wzrost oparty na kilku motorach ściągających zasoby z całego otoczenia jest lepszy? W krótkiej perspektywie rzeczywiście może przynieść lepsze rezultaty. Niestety, na dłuższą metę jest podcinaniem gałęzi, na której się siedzi. Z trzech głównych powodów.


Po pierwsze, nie warto wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka. Kraj, w którym najważniejsze ośrodki gospodarcze i instytucjonalne są skoncentrowane w jednym lub paru miejscach, jest dużo bardziej narażony na wstrząsy. Wystarczy jedna katastrofa naturalna albo kilka punktowych uderzeń militarnych, żeby w ogromnym stopniu utrudnić jego funkcjonowanie. Dlatego lepiej jest prowadzić politykę dekoncentracji na wzór niemiecki. W Niemczech przykładowo sześć ministerstw ma siedzibę w Bonn, sąd konstytucyjny – w Karlsruhe, a bank centralny – we Frankfurcie nad Menem.
Po drugie, zrównoważony terytorialnie rozwój pełniej wykorzystuje potencjał kraju. Na prowincji też są infrastruktura, zasoby czy talenty, których szkoda nie wykorzystać. Gdy jedno lub kilka miast w kraju ściąga wszystkie zasoby, to istniejący już potencjał w regionach wysysanych jest marnowany. Takim wysysającym ośrodkiem niemal wszędzie staje się stolica. Niemal – gdyż inaczej jest w Niemczech. Gdyby wyłączyć Berlin, to przeciętny dochód na mieszkańca Niemiec wzrósłby o 0,2 proc. A więc dochód w niemieckiej stolicy jest niższy od średniej dla kraju – to jedyna taka sytuacja w UE. Czołowe niemieckie firmy też są rozsiane po całym kraju.


Po trzecie, na prowincji też żyją polscy obywatele, którzy zasługują na życiowe szanse. A niekoniecznie muszą chcieć się przeprowadzać np. z Radomia do Warszawy. Dlatego im również należy stworzyć możliwości ułożenia sobie życia tam, gdzie się urodzili lub trafili. Tu modelową politykę prowadzi Finlandia. Stworzyła ona sieć 20 uniwersytetów wysokiej klasy w 10 miastach, z których każdy w czymś się specjalizuje. Na przykład do Joensuu zjeżdżają studenci chcący się specjalizować w przemyśle drzewnym. Dzięki otwarciu uniwersytetu zapobieżono wyludnianiu się otoczenia północnego Oulu, który stał się nowym istotnym ośrodkiem miejskim, a uniwersytet ma nawet daleka Laponia. Podobną funkcję spełnia gęsta sieć szkół publicznych, tworzona zgodnie z ideą, że każde dziecko powinno mieć dobrą szkołę blisko miejsca zamieszkania.


Kolej na mniejsze miasta


Niestety, w Polsce dominuje model, w którym kilka największych ośrodków miejskich ściąga zasoby z peryferii. Bez samej Warszawy średni dochód na głowę w kraju spadłby o 10 proc. Także z perspektywy wszystkich regionów widać nierównomierny wzrost. Rozwój wyższy niż 70 proc. średniej unijnej notują w Polsce tylko regiony z czołowymi metropoliami: Mazowieckie (109 proc.), Wielkopolskie (75 proc.), Dolnośląskie (76 proc.) i Śląskie (71 proc.). Tymczasem regiony ze wschodu, które nie mają tak silnych dużych miast, osiągają poziom rozwoju niższy niż połowa średniej UE: np. Warmińsko-Mazurskie i Podlaskie po 49 proc., a Lubelskie 47 proc. Oznacza to, że najbogatszy region Polski jest ponad dwa razy zamożniejszy niż najbiedniejszy. To różnica jak między Polską a Niemcami.


W Polsce występuje też niezwykła wręcz koncentracja urzędów. Jak wykazał Piotr Kaszczyszyn w analizie na Jagielloński24.pl, na 77 urzędów centralnych poza Warszawą siedzibę mają... dwa. Zaledwie co drugi ma swoje oddziały terenowe, a te w zdecydowanej większości położone są w stolicach województw. Jedna katastrofa w centrum Warszawy lub atak wojskowy może rozłożyć na łopatki 40-milionowy kraj. Tymczasem dekoncentracja urzędów zmniejszyłaby w naszym kraju ryzyko wstrząsów i byłaby impulsem rozwoju miast będących nowymi siedzibami instytucji. Napłynęliby do nich nowi, dobrze wykształceni mieszkańcy oraz atrakcyjne miejsca pracy.


Wielkim problemem polskiej prowincji jest również fatalny stan komunikacji zbiorowej. Centrum Zrównoważonego Transportu jakiś czas temu alarmowało, że w Polsce jest aż 100 miast powyżej 10 tys. mieszkańców bez czynnego połączenia kolejowego. W Czechach jest takie zaledwie jedno, na Słowacji – 8, a na Węgrzech – 6. Mniejsze miasta bardzo dotknął upadek PKS-ów. W 1990 r. przejeżdżały one 1,3 mld km, tymczasem w 2010 r. już tylko 716 mln km. W ich miejsce weszli prywatni przewoźnicy, jednak ich kursy bardzo często są nieregularne oraz ograniczone tylko do godzin szczytu.


Brak połączeń komunikacyjnych mniejszych gmin z metropoliami to ogromna bariera rozwoju prowincji. Nie mogą się ukształtować silniejsze powiązania społeczne, które mogłyby ją podciągnąć w rozwoju, a jej mieszkańcy odcięci są od wielkomiejskich rynków pracy.


Poczta na ćwierć etatu


Fatalnie wygląda sieć instytucji publicznych na peryferiach naszego kraju, co opisał Karol Trammer w „Raporcie ze znikającego państwa” w Nowym Obywatelu. W latach ­2007–2013 zamknięto 954 publiczne szkoły podstawowe, z tego 86 proc. w gminach wiejskich lub miejsko-wiejskich. Przerzedzenie sieci szkół powoduje duże problemy z dojazdem wielu dzieci. W Warmińsko-Mazurskiem niektóre dzieci muszą przebywać poza domem aż 8 godzin dziennie, mimo że mają tylko 4 godz. lekcji. Część szkół wprowadza wręcz legalne wagary dla uczniów mieszkających w szczególnie źle skomunikowanych miejscowościach. Zapewne regularna absencja na niektórych lekcjach nie odbija się dobrze na wynikach edukacyjnych tych dzieci.


Także inne instytucje publiczne wycofują się z polskiej prowincji. W latach 2007–2014 liczba posterunków policji spadła niemal o połowę. W okresie 2006–2012 liczba placówek pocztowych co prawda zmniejszyła się jedynie o 10 proc., jednak wiele z nich ma fikcyjny charakter. Na przykład w Nożynie w powiecie bytowskim placówka pocztowa otwarta jest od godz. 8 do... 9.30, a w Łupawie w powiecie słupskim od 8 do 10.30. Wielu mieszkańców polskich peryferii musi więc specjalnie brać urlop, żeby odebrać przesyłkę. Państwo polskie znikające z mniejszych gmin to nie tylko ograniczanie szans życiowych wielu polskich obywateli. Taka sytuacja demoralizuje, gdyż człowiek, który ma poczucie, że państwo o nim zapomniało, przestaje się utożsamiać ze swoją wspólnotą narodową.


Przy skali wyzwań, jakie stoją przed polskimi peryferiami, kwota 2,5 mld zł, którą zaproponował rząd, wydaje się zdecydowanie za niska. Jednak nie same kwoty są tu istotne. Polska potrzebuje przemyślanej strategii zrównoważonego terytorialnie rozwoju, który uwzględniałby chociażby dekoncentrację urzędów czy reorganizację sieci uczelni wyższych. Wciąż na taką strategię czekamy.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie

Skończyć z bezradnością

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Rząd pomaga realnie

Tureckie standardy we Francji

Skończyć z bezradnością

Barcelona, Londyn, Manchester, Berlin, Paryż, Bruksela – listę europejskich miast zaatakowanych przez islamskich terrorystów można by wydłużać. Scenariusz jest zawsze ten sam. Zamach, ofiary, rozpacz i strach ludzi, oficjalny bełkot o „incydentach terrorystycznych”, propagandowe minimalizowanie zagrożeń zaraz po zamachach, krótka żałoba, sztampowe kondolencje oficjeli, brzmiące tak samo.

I znów ta sama beznadziejna polityka otwierania się Europy na, głównie, muzułmańskich imigrantów z Azji i Afryki. Sztuczne łzy Brukseli, prawdziwe łzy rodzin ofiar. Kontynuacja bezsensownego zapraszania, w praktyce, setek tysięcy ludzi do osiedlania się na kontynencie tak innym pod względem religii, obyczajów, hierarchii i wartości. Polska nie wyraża na to zgody. My tych błędów uniknęliśmy. Dlatego w naszej ojczyźnie nie ma zamachów. Choć nasi rodacy giną w innych miejscach Europy. A UE musi wreszcie zmienić politykę imigracyjną: z ideologicznej na racjonalną. Inaczej nadal będą w Europie płynęły łzy rodzin opłakujących swoje dzieci, wnuki, rodziców, dziadków, a radykalni muzułmanie będą świętowali – jak to miało miejsce wczoraj – kolejny udany atak zadany chrześcijańskiej Europie.


Udostępnij

Tagi

Jak wyjść z kryzysu

Rząd może znacznie ograniczyć obecny kryzys polityczny. Nie musi przy tym wcale rezygnować ze swojego programu. Wystarczy, że zamieni młot pneumatyczny na bardziej wyszukane narzędzia.

Od około półtora roku funkcjonujemy w otoczeniu permanentnego kryzysu politycznego. Oczywiście, gdy do władzy dochodzi środowisko zamierzające rozbić istniejące hierarchie w większości obszarów życia społecznego, musi się liczyć z ogromnym oporem materii. Na zmianie porządku społecznego zawsze tracą jakieś grupy, więc trudno, żeby były z tego faktu zadowolone. Jednak finalnie odium napięć społecznych zawsze spada na ekipę rządzącą. To rządzący odpowiadają za sytuację w kraju i to oni są rozliczani przy urnach przez wyborców. Mają też zdecydowanie więcej narzędzi prowadzenia swojej polityki niż opozycja, tak więc oczekiwania wobec nich powinny być znacznie większe. Niestety tych narzędzi obecna ekipa rządząca w pełni nie wykorzystuje.


Trzy kryzysy


Kryzys polityczny, który wybuchł w reakcji na wprowadzane przez PiS zmiany, można podzielić z grubsza na trzy główne formy. Po pierwsze, przejawia się w napięciach społecznych, najbardziej widocznych na ulicy w postaci demonstracji. Które jak na niechętnych demonstrowaniu Polaków na pewno nie były małe – mowa tu szczególnie o demonstracjach przeciw reformie sądów. Po drugie, przejawia się jako kryzys relacji z instytucjami UE – czego efektem postępowania przeciw Polsce w sprawie praworządności (Trybunał Konstytucyjny, reforma sądownictwa), Puszczy Białowieskiej oraz uchodźców. Po trzecie, ma formę ciągłego kryzysu parlamentarnego – sejmowych awantur, wściekłych słów rzucanych przez wszystkie strony z mównicy oraz obstrukcji parlamentarnej, czego efektem było nawet przeniesienie obrad do innej sali.
Rządzący nie mogą ignorować wyżej zarysowanego kryzysu, kwitując go twierdzeniem, że to „krzyk odrywanych od koryta”. Odpowiedzialna za wewnętrzną i zewnętrzną sytuację w kraju władza powinna tak prowadzić swoje działania, by zminimalizować niepokoje. Pełzający kryzys parlamentarny jest nie do uniknięcia. Po pierwsze, jest na rękę opozycji, po drugie, jego zakończenie wymagałoby większej współpracy z partiami opozycyjnymi, a te są zupełnie beznadziejne. Poza głośno wyrażanym sprzeciwem wobec zmian nie są w stanie wyartykułować żadnych własnych rozwiązań, więc trudno tu znaleźć pole do rozmowy. Jednak kryzysy społeczny i unijny zdecydowanie można jeśli nie zredukować do zera, to przynajmniej znacznie ograniczyć.


Znaleźć sojuszników


Środowiska bliskie PiS-owi często żalą się na strategię opozycji określaną jako „ulica i zagranica”. Opiera się ona na wykorzystaniu swoich kontaktów w społeczeństwie obywatelskim i wśród polityków zagranicznych do wsparcia własnych postulatów. Pytanie tylko, dlaczego ta strategia musi być zarezerwowana tylko dla opozycji? Wygląda to tak, jakby rządzący w ogóle nie brali pod uwagę możliwości znalezienia własnych stronników wśród organizacji społecznych czy unijnych urzędników. Społeczeństwo obywatelskie w strategii obecnej władzy niemal nie istnieje – zrezygnowała ona z konsultacji społecznych przy kluczowych ustawach, nie stara się przekonać do swoich argumentów organizacji pozarządowych, by ją wsparły, tak jak wiele z nich wspiera postulaty opozycji. NGO-sy w narracji PiS-u występują prawie wyłącznie jako finansowane z zagranicy czarne charaktery. Tymczasem wiele z nich mogłoby wesprzeć poszczególne reformy, gdyby tylko zostały potraktowane poważnie i podmiotowo – tzn. gdyby miały jakiś wpływ na kształt tych reform. Mowa tu chociażby o Klubie Jagiellońskim, Fundacji Republikańskiej i wielu innych.


Także wśród brukselskich urzędników PiS może znaleźć sojuszników. Nie jest prawdą, że wszyscy oni są reprezentantami paneuropejskiego liberalizmu. Wielu polskich urzędników KE niższego szczebla wspiera postulaty zwiększenia suwerenności gospodarczej naszego kraju i robiło sobie duże nadzieje po zwycięstwie wyborczym PiS-u. Każdy kraj UE ma swojego komisarza i innych urzędników wyższego szczebla, więc mają je także kraje, z którymi Polsce po drodze w wielu sprawach. Tych naturalnych sojuszników powinien wykorzystać rząd i lobbować swoje interesy i postulaty na forum unijnych instytucji, by z Komisji w naszą stronę nie dobiegała wyłącznie krytyka.


Więcej dyplomacji


Polski rząd w kontaktach z Brukselą i partnerami w UE używa zaskakująco twardego języka. Zupełnie niepotrzebnie – nie tylko nie przybliża go to, ale wręcz mu przeszkadza w osiąganiu celów. W niedalekiej historii znajdujemy wypadki bardzo ostrej retoryki. Najlepszym przykładem jest Grecja, która notorycznie próbowała straszyć grexitem, a rzekomą pomoc UE wprost porównywała do okupacji, agresji i innych złowrogich działań. Generalnie miała rację, tylko że nic jej ta ostra retoryka nie dała – została spektakularnie upokorzona. Są za to kraje w UE, które modelowo wręcz dbają o swoje interesy – to przede wszystkim północna Europa (Skandynawia, Beneluks), Niemcy i w dużej mierze Francja. Wszystkie one uwielbiają przy tym opowiadać o europejskich wartościach, solidarności itd., choć mało kto tak skutecznie walczy o swoje jak one. Nie chodzi o to, żeby od razu powielać europejską nowomowę – wystarczy sprawiać bardziej pojednawcze wrażenie, mówić, że nam zależy itd. Austria nie przyjęła żadnego uchodźcy, jednak wobec niej nie jest prowadzone postępowanie – wystarczyło, że... zapewniła, iż przyjmie. Uchodzenie za eurosceptyka w UE po prostu się nie opłaca – lepiej kiwać głową ze zrozumieniem i robić swoje bez zbędnego trąbienia o tym.


Elementem dyplomacji jest też rozważne wybieranie spraw do załatwienia. Otwieranie wszystkich frontów naraz jest samobójcze. Skoro rząd uważa za fundamentalne kwestie wymiaru sprawiedliwości oraz uchodźców, to kompletnie niezrozumiałe jest pójście na czołowe zderzenie z UE w sprawie Puszczy Białowieskiej. Z całym szacunkiem dla puszczy, ale to sprawa dla naszego kraju trzeciorzędna. Mając w perspektywie ważniejsze bitwy, ociąganie się z wykonaniem zabezpieczenia (wstrzymanie działań w Puszczy), które wydał TSUE, jest taktycznie błędne. Błędem jest również otwieranie sprawy reparacji wojennych w tym momencie. Do tak ważnej i delikatnej sprawy należy oczyścić sobie przedpole. Zajęcie się tą sprawą w tak niespokojnym okresie może spalić na lata temat reparacji, któremu przyklei się łatkę „polskiego szaleństwa” i będzie się tym okładać każdego, kto będzie chciał go podjąć. A przecież chyba nie chodzi o to, żebyśmy o reparacjach mówili, tylko żebyśmy je dostali.


Program na lata


Rząd za wszelką cenę chce wprowadzić wszystkie najważniejsze zmiany jak najszybciej. Czego efektem wprowadzana w ekspresowym tempie i zawetowana ustawa o Sądzie Najwyższym. W tak szaleńczym tempie łatwo o zamknięcie się na krytyczne głosy z wewnątrz środowiska, których chociażby przy reformie sądownictwa nie brakowało. Czy to ze strony koalicjantów PiS-u (Polska Razem Gowina), czy ze strony prawicowych pism i środowisk. Tymczasem aż taka szybkość nie jest potrzebna. By wprowadzane reformy się utrwaliły na lata i nie zostały odkręcone przy pierwszej możliwej okazji, PiS musi rządzić i tak co najmniej dwie kadencje. Niektóre zmiany, szczególnie te personalne, można więc spokojnie rozłożyć na osiem, a nie cztery lata. Już teraz wszyscy prezesi SN, poza pierwszą prezes M. Gersdorf, zostali powołani przez prezydenta Dudę. Nie ma potrzeby więc odwoływania składów reformowanych instytucji – można je wymieniać stopniowo, zgodnie z kadencją. Efekt będzie ten sam, ale bez skutków ubocznych w postaci napięć społecznych.


Władza nie może bagatelizować społecznego i unijnego aspektu obecnego kryzysu politycznego (na parlamentarny może machnąć ręką). Choćby z tego banalnego powodu, że mogą one bardzo utrudnić reelekcję – PiS już się przekonało w 2007 r., iż wyborca w pewnym momencie ma już dosyć awantur i może przerzucić swoje głosy. Tymczasem utrata władzy po pierwszej kadencji będzie oznaczała, że większość wprowadzanych obecnie reform zostanie cofnięta. I rozbudzone w 2015 r. nadzieje prysną.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl