Dobra Korea i zła Korea

Jestem w Korei w momencie dużego wzrostu napięcia międzynarodowego w związku z zapowiedziami komunistycznego rządu w Pjongjangu kolejnej próby broni dalekiego zasięgu. Słowo wyjaśnienia – gdy mówi się lub pisze „Korea”, wiadomo, że chodzi o tę Południową. Tę, która mimo że jest w Azji, stanowi część Zachodu, i w której stacjonują i przez bliżej nieokreślony czas będą stacjonowały wojska amerykańskie.

Tę, w której przed ponad 60 laty międzynarodowa koalicja pod przywództwem USA, ale z mandatem ONZ-etu odparła agresję komunistów z Północy wspieranych przez komunistyczne Chiny i Związek Sowiecki.

Seul i gra mocarstw

Dziś Korea jest ważnym elementem w grze mocarstw. Prezydentowi Donaldowi Trumpowi posłużyła jako pretekst, aby ostrzec Pekin: „Nie ma Obamy, dość ekspansji”. Dla Chińskiej Republiki Ludowej jest użyteczną kozą z żydowskiego szmoncesu, którą trzeba wprowadzić do mieszkania, aby potem ją wyprowadzić w poczuciu powszechnej międzynarodowej ulgi i wdzięczności dla ChRL‑u, że jako jedyna potrafi okiełznać ortodoksów komunizmu z KRLD. Dla Rosji, która jako „czerwona Rosja” wspierała agresję na Seul w latach 50. sprzętem wojskowym, jest z kolei wygodnym pretekstem do kreowania kolejnego problemu dla USA, ale też do domagania się od Korei Południowej swoistego haraczu za mniej lub bardziej pozorowaną neutralność w permanentnym sporze na Półwyspie Koreańskim.

Jestem tu drugi raz, byłem tu aż 15 lat temu. Korea się zmieniła – ale też w jakimś sensie wcale się nie zmieniła. Nadal jest monoetnicznym społeczeństwem, pielęgnującym swoje, historycznie uzasadnione, urazy wobec Japończyków okupantów, cieplej traktującym Chińczyków – też okupantów, ale zdecydowanie mniej okrutnych (skądinąd Korea w czasach świetności też okupowała część Chin – Mandżurię). Narodem ateistów – niemal co drugi Koreańczyk nie wierzy w (żadnego) Boga, za to ze sporym udziałem... szamanistów, praktykujących odwieczne pogańskie obrzędy. Jednak najbardziej ofensywną religią jest w Korei chrześcijaństwo – niemal co trzeci obywatel to wyznawca Chrystusa (katolicy stanowią 10 proc. mieszkańców kraju).

Koreańczycy są społeczeństwem bardzo innowacyjnym, swoistą potęgą gospodarczą – czwartą w Azji. Choć mało kto zdaje sobie sprawę, że przed inwazją komunistyczną na początku lat 50. to komunistyczna Korea, mając bogactwa naturalne i bardziej rozwinięty przemysł, wyraźnie górowała nad zacofanym Południem. Ale potem stało się coś, co w skrócie pokazuje, jak działa „komuna” – ruina gospodarcza KRLD, nędza obywateli, cenzura i obozy pracy przy rozkwicie ekonomicznym i cywilizacyjnym Korei Południowej. Przestrzegałbym jednak przed nasuwającym się łatwym skojarzeniem: oto fatalny komunizm versus cudowny kapitalizm. Komunizm à la KRLD to obraz nędzy i rozpaczy w rzeczy samej, ale rozkwit Południa to nie żaden kapitalistyczny cud z książek Miltona Friedmana, ale kolosalne amerykańskie pieniądze, przekraczające to, co dostała Europa (niecała, niestety) w ramach planu Marshalla. To była geneza tego wielkiego skoku koreańskiego tygrysa.

W cieniu impeachmentu

Jednego dnia obserwuję w Seulu manifestacje obrońców zwierząt, następnego na głównym placu stolicy, tuż obok mojego hotelu, odbywa się demonstracja antyrządowa. Opozycyjna prawica sprytnie zawłaszczyła sobie flagę Korei jako swój symbol. Powiewają zatem sztandary, których tło stanowi biały prostokąt, a na nim znajduje się czerwono-niebieski symbol taijitu, wokół niego zaś cztery czarne trygramy (symbolika zaczerpnięta z filozofii chińskiej). Konserwatyści liżą rany po odsunięciu od władzy pierwszej w historii kraju prezydent kobiety Park Geun-hye. Być może impeachment był zbyt pospieszny, choć jednogłośnie przegłosowany przez trybunał konstytucyjny. Oddalono absurdalne zarzuty współodpowiedzialności za zatonięcie koreańskiego promu. Ale główne pozostały: dopuszczenie najbliższej przyjaciółki do tajemnic państwowych i oddanie jej wielkich, choć całkowicie nieformalnych wpływów, oraz utworzenie fundacji, której zyski miały zasilać prywatne kieszenie.

Zarzuty poważne i pierwszy w historii Korei impeachment stał się faktem. Była pani prezydent, która zresztą na pewien czas trafiła do więzienia, a dziś przychodzi na demonstracje opozycji, to postać tragiczna. Gdy była nastolatką, najpierw w zamachu zginęła jej matka – na oczach przemawiającego na wiecu politycznym męża. Ojciec przyszłej prezydent, niejedyny w tym kraju generał, który z armii poszedł do polityki, najpierw dokończył mowę, a potem dopiero usunięto zwłoki jego żony. Córka przejęła funkcję First Lady. Na krótko. Po kilku latach w kolejnym zamachu zabito jej ojca. Zaopiekował się nią koreański pastor, którego córka stała się jej najbliższą powiernicą – ale z czasem przyczyną upadku Geun-hye. Prezydent kontynuowała tradycję rodzinną i poszła do polityki. Wygrała wybory prezydenckie – tutaj można być głową państwa przez tylko jedną pięcioletnią kadencję – a dziś robi politykę na ulicy.

Rządzi teraz Partia Demokratyczna, czyli lewica. Od opozycji różni ją, m.in. stosunek do komunistów z Północy. Nowy prezydent Moon Jae-in, dziecko rodziny ewakuowanej przez Amerykanów w czasie wojny z komunistyczną Północą, urodził się rok po podpisaniu traktatu pokojowego między KRLD a USA (Korea Południowa nie podpisała go do dziś – co zresztą Pjongjang przedstawia jako przykład ubezwłasnowolnienia „reżimu w Seulu” od „reżimu w Waszyngtonie” i dowód, kto tak naprawdę podejmuje decyzje). Teoretycznie zatem nowy prezydent powinien być sceptyczny wobec komunistycznego sąsiada. Tymczasem w kampanii opowiadał się za dialogiem i krytykował „twardogłową prawicę”. Teraz rządzi, a KRLD jak była wojownicza, tak nią pozostała, także w kwestii broni jądrowej. Cóż, naiwność wobec „komuny” to grzech występujący pod różnymi szerokościami geograficznymi.

W muzeum wojny

Dzień pracy Koreańczyka? To dopiero temat. Zaczyna się zwykle o godz. 9, a dla pracowników niższej rangi w korporacjach typu Samsung – o 8. W samo południe jest obowiązkowy obiad. Potem praca do 17. Potem kolacja – i często jeszcze powrót do firmy. Tu firma zresztą, tak jak w Japonii, jest jak rodzina, stanowi wartość, dla której czymś naturalnym jest się poświęcać.

Jadę do muzeum wojny koreańskiej. Położone jest dokładnie naprzeciwko gmachu resortu obrony narodowej. Jego częścią jest wielki budynek wynajmowany na wesela. A te są w Korei wyjątkowe, na kilkaset osób, a bywa, że i na więcej. Zwyczajem jest przychodzenie na nie w tradycyjnych narodowych strojach. Ale ludzi w takich właśnie koreańskich ubiorach widzi się też właśnie w muzeum wojny koreańskiej i wielu innych. Skąd to się wzięło? To kapitalny pomysł dyrekcji muzeów, aby osoby w strojach narodowych (ludowych) wpuszczać za darmo, bez biletu. Później stają się dla zagranicznych turystów i samych Koreańczyków żywą demonstracją przywiązania społeczeństwa do własnej historii. Budzą patriotyzm i szacunek dla własnej przeszłości. Skądinąd owe stroje można wypożyczyć za cenę… niewiele niższą od ceny biletu do muzeum.

Pora deszczowa. Leje jak z cebra. Dwie godziny w War Memorial of Korea mija błyskawicznie. Dla mnie jako historyka to raj. Dla mnie jako Polaka ważne jest to, co dostrzegam przed wejściem do muzeum. W czarnym granicie wykute setki nazwisk poległych w wojnie koreańskiej. Tam, gdzie są Amerykanie, mnóstwo nazwisk swojsko brzmiących. Zatrzymuję się przy Jankowskich. Richard Jankowski, John Paul Jankowski itd., itd. A może warto, aby jakiś historyk z Polski przyjechał tu i ustalił losy tych naszych rodaków czy obywateli USA z polskimi korzeniami: co robili w Stanach, kiedy przyjechali do USA, czy już się urodzili za wielką wodą, w jakich polskich organizacjach działali. Polegli za wolność i nową ojczyznę, ale wielu z nich w sercach czuło się Polakami.

Sowiecka czy rosyjska pomoc?

Przy wejściu do muzeum co miesiąc wystawiany jest posąg innego historycznego bohatera narodowego Korei. Trafiam na gen. Ondala z VI w. Potem przenoszę się w czasie do 25 czerwca 1950 r. i ataku komunistycznej Korei na Koreę reprezentującą „wolny świat”. Plansza ze Stalinem, Mao Zedongiem i przywódcą KRLD Kim Ir Senem. W środku muzeum dowody na wsparcie Pjongjangu (dawniej mówiło się – Phenianu) przez Moskwę, łącznie z sowieckim motocyklem z przyczepką. Na zewnątrz muzeum ciężki sprzęt sowiecki, ofiarowany przez Kreml do walki z kapitalistami, z domalowanymi w ostatnich dwóch dekadach flagami... współczesnej Rosji. Zabieg ahistoryczny, ale przynajmniej koreańska dziatwa odwiedzająca muzeum w ramach obowiązku szkolnego wie, że „złej” Korei pomagała „zła” Rosja. Cóż, każdy rzeźbi taką politykę historyczną, jaka mu pasuje. A swoją drogą Seul, starający się o, powiedzmy, balance of power w Azji, a więc równoważenie także wpływów Chin, obecnie bardzo dba o dobre relacje z Moskwą. Niezależnie od tego stojący w muzeum sowiecki czołg T-34 jest jednym z symboli komunistycznej inwazji na Seul, tak jak samoloty B-29 z kolei są świadectwem amerykańskiej, skutecznej pomocy.

Ta wojna obrosła w anegdoty. Jedna z nich mówi, że liczne oddziały tureckie, które przybyły tutaj w ramach rezolucji ONZ-etu, przez cały miesiąc omyłkowo walczyły po stronie komunistycznej, bo nie wzięły ze sobą… tłumaczy.

Mało kto wie o polskich wątkach. Podziemie niepodległościowe liczyło, że wygrana z Pjongjangiem stanie się początkiem wojny światowej i przyniesie wolność nad Wisłą. Tak się jednak nie stało. Ale jeszcze mniej znany jest inny – o koreańskich dzieciach sierotach w Polsce. Wbrew propagandzie nie były to dzieciaki wyłącznie z KRLD, ale z całej Korei, także te wzięte przy odwrocie wojsk komunistycznych z Korei Południowej. W pierwszej fazie inwazji KRLD zajęła bowiem niemal całe Południe!
Muzeum ma bardzo militarny charakter. Co krok imitacje sylwetek żołnierzy, czołgów, słychać wystrzały artylerii i świst pocisków. Plansze z informacjami o żołnierzach – studentach i uczniach, którzy bronili ojczyzny. Było ich w sumie 300 tys., z tego 50 tys. bezpośrednio brało udział w walce, reszta tworzyła wsparcie medyczne, kwatermistrzowskie. Poległo 7 tys. Zdjęcia młodych i bardzo młodych ludzi.

Więcej niż plan Marshalla dla Korei

Rozejm podpisano 23 lipca 1953 r. Po czterech dniach komuniści wypuścili więźniów z Południa. Korea Południowa – po wojnie z Pjongjangiem jedno z trzech najbiedniejszych państw świata (sic!) – zaczęła dzięki Wujowi Samowi ścigać azjatycki peleton. Po latach stanie się symbolem gospodarczego i technologicznego sukcesu. Nie byłoby tego, gdyby nie Waszyngton, który tak jak Adenauera narzucił Niemcom, tak emigranta z USA, Li Syngmana z koreańskiej diaspory zainstalował w Seulu.

Bilans strat wojennych był olbrzymi. Także w wymiarze demograficznym: w kraju było 100 tys. sierot i 400 tys. wdów. Źródła podają, że zginęło bądź zaginęło od 2–5 mln Koreańczyków.

Seul wygrał, bo nie był sam. Zachód nie zostawił go na łasce losu – tak jak po dwóch dekadach Amerykanie zrobili to z Wietnamem, też zresztą Południowym. Pod flagą ONZ-etu zmontowano wielką koalicję antykomunistyczną z aż pięciu kontynentów! ZSRS popełnił olbrzymi błąd, nie wysyłając przedstawiciela na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ-etu – jej decyzje muszą być jednogłośne, nieobecność Moskwy uniemożliwiła weto. Przeciw interwencji zagłosowała Jugosławia Josipa Broza-Tita. Po 66 latach w muzeum wojny koreańskiej oglądam szczególną ekspozycję: nazwy państw, które ratowały wtedy wolność Seulu, ich flagi, liczba żołnierzy, poległych i rannych. Statystyka nigdy nie odda tragedii rodzin i pojedynczych młodych ludzi, którzy jechali nieraz z drugiego końca świata, aby walczyć z „komuną”.

Czytam o stratach USA: 130–160 tys. poległych i rannych. Straty pozostałych krajów pod sztandarem ONZ-etu to 30 tys. żołnierzy, z tego Wielka Brytania: prawie 1100 poległych i niemal 2700 rannych, Kanada: 516 poległych i 1212 rannych, Australia z 332 zabitymi i 1216 rannymi, Francja z 269 ofiarami śmiertelnymi i ponad 1000 rannych. Duże straty relatywnie małych Filipin (które jako jedyne w Azji wystawiły wszystkie rodzaje wojsk): 112 zabitych, 229 rannych. Jeszcze większe Tajlandii – 130 zabitych i prawie 1140 zabitych. RPA wysłała do Korei tylko lotników – 35 zginęło. Straty Grecji to 186 poległych i prawie 550 rannych. Spośród ok. 15 tys. żołnierzy z Turcji zginęło 724, blisko 2100 było rannych. Drugi afrykański kraj, Etiopia, stracił 122 żołnierzy i miał 536 rannych. A więc więcej niż europejska potęga kolonialna Belgia, z jej 106 zabitymi i liczbą rannych równo o 200 mniejszą. Jedyne państwo z Ameryki Łacińskiej, Kolumbia, straty liczyło na 213 zabitych i prawie 450 rannych. Potem Nowa Zelandia: 43 zabitych, 79 rannych. Mały Luksemburg miał straty najmniejsze: 2 zabitych i 13 rannych. Były też kraje neutralne, które nie chciały angażować się zbrojnie, ale świadczyły pomoc medyczną: Indie, Włochy, Szwecja, Dania i Norwegia, która straciła 3 poległych.

Ale nie ta lista robi największe wrażenie na przybywających tu żołnierzach różnych narodowości. Najbardziej ekspresyjny jest zbiór nieśmiertelników ludzi poległych w mundurach różnych państw. Stworzono z niego coś na kształt płomienia-lampy, co jakiś czas podświetlanego. Tak, to jest mocne i to zapamiętam. Tych nieśmiertelników jest 1129 – a więc dokładnie tyle, ile dni trwała wojna koreańska.

Z dużych fotosów uśmiecha się do mnie Marilyn Monroe, która przyjechała śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. O tym już mało kto pamięta. O jej romansie z prezydentem Kennedym – wszyscy.

Czy oba państwa koreańskie staną się znów teatrem globalnej wojny?

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Niemieckie strachy na Lachy

Jest niedziela, 4 lipca 1982 r., Włodzimierz Smolarek tańczy z piłką na murawie Camp Nou w Barcelonie, a ja w tym czasie ze łzami w oczach roztrząsam widłami trawę, którą wprawnymi, wymierzonymi pociągnięciami kosy kładzie na równy pokot mój ojciec. Tak jak Rosjanie oglądają plecy Smolarka odziane w czerwony trykot, tak ja oglądam silne barki mojego taty osłonięte kraciastą flanelową koszulą.

Tuż przed rozpoczęciem meczu wyłączono prąd, co natychmiast zmieniło czarno-biały telewizor Neptun 424 w bezużyteczną kupę złomu, więc dziadek zarządził sianokosy nad rzeką Krzemionką i chcąc nie chcąc, poszedłem pracować, ale moje myśli były daleko w słonecznej Hiszpanii. Jak będzie? Co się stanie? Czy nasi dadzą radę tej potędze? Mimo stanu wojennego i odcięcia od informacji prowadzone szeptem rozmowy dorosłych często zahaczały o temat krasnoarmiejców walczących w jakimś dalekim Afganistanie, a w mojej dziesięcioletniej pamięci był utrwalony obraz mapy świata, którego połowę zajmowała wielka czerwona połać okraszona literami ZSRS. Chlipiąc i pociągając nosem, bojąc się strasznie rezultatu, marzyłem o końcu pracy oraz powrocie do domu dziadków. Kiedy się to wreszcie stało, wpadłem biegiem na podwórko z pytaniem o wynik, a gdy otrzymałem od babci odpowiedź: „nikt nikomu nie wbił nic i nam też Ruskie nie wbili”, oszalałem i zacząłem wrzeszczeć jak opętany, aż ojciec wziął mnie na ręce, ucałował w umorusany policzek i powiedział: „Widzisz, strachy na Lachy”.

Nie boję się Schulza

„Strachy na Lachy” chciałbym dziś powiedzieć wszystkim tym, których czarnowidztwo dosięgło w piątek 12 stycznia roku 2018 i trzyma do dziś. Cóż takiego się stało tego dnia? Nic wielkiego – wstępne, sondażowe rozmowy pomiędzy niemieckimi partiami, CDU-CSU i SPD, zakończyły się podpisaniem bardzo ogólnego, liczącego raptem 28 stron dokumentu, w którym określono warunki brzegowe ewentualnego przyszłego współistnienia rządowego. Z nieznanych mi przyczyn kilka „nadwiślańskich piór” natychmiast zaczęło dywagować, jaki to mniej lub bardziej socjaldemokratyczny będzie przyszły gabinet kanclerz Merkel i sugerować między wierszami, że my, Polacy, powinniśmy spojrzeć z podziwem na zachodniego sąsiada oraz czołobitnie oddać hołd jego boskiej demokracji i politycznej mądrości. Ja pytam więc w tym miejscu – a dlaczego mam się zachwycać ogólnikowym papierem, na którego kartach Martin Schulz zawiera jakieś swoje wizje przyszłej Europy i znów karmi czytającego papką o demokratycznych wartościach, państwie prawa i solidarności europejskiej? Kim są dziś Merkel i Schulz? W mojej opinii politykami, którzy sami czują, że ich era dobiega końca i gotowymi podpisać nawet czarci cyrograf, aby tylko utrzymać w rękach rządowy ster, jakikolwiek on by był. Mają Państwo rację – zareagowałem zbyt emocjonalnie, ale nienawidzę, gdy ktoś usiłuje zrobić mi sieczkę z mózgu lub chce mnie straszyć, gdyż strachliwy nie jestem, a już na pewno nie boję się Martina Schulza.

Nie boję się Martina Schulza nawet w roli szefa MSZ-etu Niemiec. Skąd nagle to ministerstwo – zapytacie? Otóż 14 stycznia, w niedzielę wieczorem, gruchnęła wieść, że szef SPD dostał tę prestiżową tekę. I znów rozpoczęły się debaty – co teraz z Polską i co Schulz będzie robił? Odpowiadam – na pewno nie będzie oblewał innych ministrów spraw zagranicznych wodą ze szklanki, tak jak to robił Władimir Żyrinowski, ani walił butem w mównicę niczym Nikita Chruszczow! Dlaczego? Dlatego, że niedzielna wiadomość o „Schulzowym ministrowaniu” wzięła swój początek z fotografii wygniecionej kartki, na której ktoś wypisał kilka resortów, przyporządkowując do nich nazwiska i Schulzowi „podarowano” MSZ. Do dziś nie udało mi się ustalić, kto był autorem tej wiadomości ani jaki był jej cel, ale jedno jest pewne – bardzo łatwo przyprawić o szybsze bicie serca obserwatorów sceny politycznej, a szczególnie tych, którzy czytają nieuważnie.

Niebezpieczny skręt

Tych, którzy czytają nieuważnie, pragnę nieśmiało poinformować, że odtrąbiony za Odrą sukces, uwieńczony przywołanym wyżej dokumentem, zyskał mierną aprobatę w środowisku samych socjaldemokratów, którzy już następnego dnia, 13 stycznia, na regionalnym zjeździe SPD w Saksonii Anhalckiej opowiedzieli się przeciw porozumieniu ich partii z chadekami. Nic nie pomogło wysłanie w teren Sigmara Gabriela, najpopularniejszego niemieckiego polityka i byłego szefa SPD, który miał nakłaniać lokalnych aktywistów do poparcia „wielkiej koalicji”, bo partyjne doły, najlepiej osadzone w realiach codziennego życia Niemców, wiedzą, że kolejny alians z Merkel może spowodować zniknięcie ugrupowania ze sceny politycznej po kolejnych wyborach. Działacze najniższych szczebli zaczęli wywierać presję na tyle skuteczną, że kierownictwo SPD ustami Marii Dreyer, wieloletniej premier Nadrenii-Palatynatu, zażądało wniesienia poprawek do umowy, którą oceniono bardzo krytycznie i podniesiono w stosunku do niej zarzut, iż oddaje losy partii w ręce unii chadeckiej. Rozpoczął się ostry socjaldemokratyczny dyskurs w pełnym napięcia okresie, kiedy wszyscy niecierpliwie oczekiwali nadzwyczajnego zjazdu SPD zaplanowanego na 21 stycznia w Bonn, na którym miała zapaść ostateczna decyzja w sprawie koalicji.

Decyzja w sprawie koalicji chyba nie obeszła zbytnio Schulza, który zamiast pilnować własnego podwórka i skupić się na sprawach krajowych, wystąpił na jednej z lokalnych konferencji, serwując wyświechtaną opowieść o konieczności wzmocnienia unijnej demokracji i „niebezpiecznym skręcie Europy w prawo”. Wtedy się przekonał, że bełkot rodem z brukselskich korytarzy pozostaje poza obszarem zainteresowania przeciętnego Niemca żyjącego problemami dnia powszedniego, czemu dał wyraz jeden z uczestników spotkania, głośno artykułując swoją dezaprobatę dla jego słów i każąc się Schulzowi zwyczajnie wstydzić. Zaskoczony polityk wydukał jedynie słabą ripostę, uciekając w krytykę Polski i Czech, co stało się ogranym numerem pana Martina i pokazuje, że nie jest on żadnym asem intelektu, lecz raczej butnym arogantem z aspiracjami do brylowania na salonach w roli wicekanclerza i szefa MSZ-u, co sugerowały niemieckie media, a co w mojej ocenie było zawoalowaną próbą wywarcia presji na delegatów bońskiego zjazdu SPD.

Marzenie Kaczyńskiego

Presja na delegatów bońskiego zjazdu SPD okazała się skuteczna, gdyż 55 proc. z nich zagłosowało za przystąpieniem do rozmów koalicyjnych z unią chadecką. Gdy negocjacje zakończą się powodzeniem, wtedy socjaldemokratów czeka jeszcze plebiscyt, w którym weźmie udział 440 tys. członków ugrupowania. Jeśli założymy dziś, że „wielka koalicja” będzie rządziła za Odrą, a Martin Schulz jednak zostanie wicekanclerzem i szefem MSZ-etu, też nie należy się niczego obawiać. Powstanie rząd o słabej legitymacji demokratycznej, z wieloma konfliktami i tarciami pomiędzy jego komponentami. Będzie musiał się uporać z problemem imigrantów oraz próbować utrzymać pozycję lidera UE. Można już dziś przewidzieć zbliżenie z Francją, częściowo dla Niemiec kłopotliwe, gdyż prezydent Macron zmaga się z potężnym długiem publicznym i liczy, że Berlin pomoże mu go zniwelować przy pomocy państw wspólnoty, a to po doświadczeniach z Grecją może być trudne. Rzecz ważna – spełniło się marzenie Jarosława Kaczyńskiego, który już wiosną 2017 r. mówił, że najlepszy dla Polski byłby słaby rząd nad Szprewą, ale pod batutą Angeli Merkel. Pewnie w najbliższym czasie otrzymamy wiele mniej lub bardziej groźnych sygnałów od naszego zachodniego sąsiada, lecz jestem przekonany, że Państwo pamiętają przysłowie „strachy na Lachy”.

Howgh!

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl