W imieniu Rzeczypospolitej

Sprawiedliwość można zdefiniować jako połączenie rozumu i sumienia. Niestety ukształtowany w III RP wymiar sprawiedliwości cierpiał na brak jednego i drugiego pierwiastka. Stąd też najmocniej akcentowaną obietnicą wyborczą obozu dobrej zmiany, która jednocześnie ma najmocniejszą legitymację społeczną, była solenna obietnica uczynienia Polski krajem (bardziej) sprawiedliwym.

Liczne patologie wymiaru sprawiedliwości dla przeciętnego obywatela oznaczają zawsze dotkliwy brak sprawiedliwości. Bolesny zwłaszcza dla najsłabszych, których nie stać na ustosunkowanych adwokatów w demonstracyjnie drogich garniturach, lub dla przyzwoitych frajerów wierzących, że prawda sama się obroni. Niestety, w praktyce oznaczało to czekanie na przyszłą sprawiedliwość na Sądzie Ostatecznym. Wymiar sprawiedliwości nie stał się opoką prawa dla słabszych, a zamiast tego został narzędziem sprawującej faktyczną władzę oligarchii postkomunistycznej, niezbędnym bezpiecznikiem i zwornikiem systemu kolonialnego władztwa nad Polakami. Za kradzież batonika skazywał na bezwzględne więzienie, a osoby takie jak posłanka Beata Sawicka dziś śmieją się nam wszystkim w twarz.

Czas spełnić postulaty

Marzenie o budowie sprawiedliwego państwa tkwi głęboko w polskiej tradycji i stało się niemal synonimem polskich dążeń do odbudowy suwerenności, nadzieją powrotu do legendy I Rzeczypospolitej. Już bowiem 25 kwietnia 1425 r. w Brześciu Kujawskim w przywileju nadanym przez króla Władysława Jagiełłę została pierwotnie sformułowana zasada „neminem captivabimus nisi iure victum” (nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego) gwarantująca nietykalność osobistą szlachcie, a więc zapewniająca, że posiadający takie prawo nie zostanie uwięziony bez wyroku sądowego. Oznaczało to wprowadzenie prymatu prawa nad władzą królewską i początek budowy de facto systemu monarchii konstytucyjnej, choć na spisanie samej konstytucji jako jednolitego tekstu nazwanego konstytucją trzeba było czekać do 3 maja 1791 r. Głęboko osadzona w duszach Polaków potrzeba sprawiedliwości była mocno obecna we wszystkich polskich irredentach narodowych (z 21 postulatami Sierpnia ‘80 włącznie).

Co z tym trójpodziałem?

Obecny kształt i oczywiste wady wymiaru sprawiedliwości zostały zdeterminowane przez wielki „deal” zawarty pomiędzy agentami komunistycznej bezpieki a ich oficerami prowadzącymi przy Okrągłym Stole, a ściślej – w podwarszawskiej Magdalence. Tam bowiem określone zostały nowa forma i sposób ujarzmiania oraz wyzyskiwania Polski i jej obywateli. Niezbędnym elementem stojącym na straży nieformalnych przywilejów nowej postkomunistycznej „arystokracji” stały się sądy. To one, w zamian za własne przywileje, gwarantowały korzystne rozstrzygnięcia „mandaryńskim” właścicielom III RP. Oto z dnia na dzień komunistyczni sędziowie, często zwyczajni oprawcy w sędziowskich togach, uzyskali prestiż i gwarancje przywilejów niespotykanych w demokratycznych społeczeństwach, w których niepodważalną zasadą, zgodnie z monteskiuszowskim trójpodziałem, jest posiadanie demokratycznej legitymacji przez wszystkie trzy rozdzielone, ale równe sobie władze. Na ten użytek ukuto rzekomo bezalternatywną doktrynę absurdalnej samorządności sędziowskiej, według której nadzorować i oceniać pracę sędziów oraz decydować, kto może zostać dokooptowany do tej „nadzwyczajnej kasty”, mogą wyłącznie inni sędziowie. Szermowano przy tym groteskowo wynaturzonym argumentem o niczym nieograniczonej „niezawisłości sędziowskiej” pojmowanej nieraz jako niezależność od wszelkiej przyzwoitości i litery prawa, zapominając, że niezawisłość sędziego jest gwarancją mającą na celu służenie wymiarowi sprawiedliwości, a więc sprawiedliwości, a nie parawanem chroniącym przed odpowiedzialnością za kradzież kiełbasy w sklepie. W rezultacie Polacy wybierali władzę ustawodawczą (Sejm i Senat) oraz wykonawczą (prezydent i rząd), ale nie mieli najmniejszego wpływu na sposób funkcjonowania sądów, choć te wydają swoje orzeczenia „w imieniu Rzeczypospolitej”, a więc w imieniu każdego obywatela.

Nemo iudex in causa sua* 

Oprócz braku jakiejkolwiek demokratycznej kontroli nad funkcjonowaniem sądów „nadzwyczajna kasta” obdarzona została niespotykanym przywilejem zarządzania i administrowania pracą aparatu sądów, a więc sferą wyłącznej kompetencji władzy wykonawczej. Władza nad organizacją pracy sądów, wyznaczaniem rozpraw, powoływaniem prezesów czy… kupnem spinaczy biurowych to zakres władzy wykonawczej, a więc ministra sprawiedliwości. Niezawisłość dotyczy przecież wyłącznie momentu orzekania, bo to właśnie w tej chwili interesem ogółu jest zagwarantowanie braku jakiegokolwiek zewnętrznego wpływu na kształt wyroku. To właśnie zarządzanie sądownictwem przez samych sędziów umożliwiało wpływanie na treść wyroków poprzez np. wyznaczanie odpowiedniego sędziego do konkretnej sprawy. Przykład sędziego Milewskiego jest aż nadto wymowny. Na dodatek w rękach sędziów pozostawiono całość kontroli dyscyplinarnej. Symbolem patologii są głośne wypadki kradzieży dokonywanych przez sędziów w sklepach, niewyjaśniona do dziś pomimo szokujących dowodów sprawa domniemanej korupcji w Sądzie Najwyższym. Symbolem fikcyjności wymierzania sprawiedliwości sędziom przez sędziów jest sprawa lustracyjna pani sędzi, która służyła całkiem jawnie jako funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, ale sąd dał wiarę jej tłumaczeniom, że rzekomo myślała, iż pracuje (ups!)… w Milicji Obywatelskiej. Trudno o większy absurd.

Warunki sine qua non

Władza absolutna deprawuje absolutnie. Całkowita bezkarność i sobiepaństwo stworzyły warunki do rozwinięcia się tzw. choroby łańcuchowej, czyli przekonania znacznej części korpusu sędziowskiego o tym, że są rzeczywiście „nadzwyczajną kastą” spoglądającą z wyższością i pogardą na zwykłych zjadaczy chleba. Skala arogancji i zwykłego chamstwa, braku merytorycznej wiedzy i notorycznego nieprzygotowania do rozpraw oraz korupcji sprawia, że obywatele słusznie mają poczucie braku sprawiedliwości i pozostawania pod obcą sobie, opresyjną władzą.

Długo wyczekiwany pakiet ustaw koniecznych do głębokiej zmiany sposobu funkcjonowania sądów nie sprawi jednak, że z dnia na dzień sędziowie staną się mądrzejsi. Znikną zapewne z ekranów telewizorów odziane w prawnicze togi gadające głowy jakże często sprzeniewierzające się etyce i godności zawodu poprzez prezentowanie argumentów politycznych zamiast bezstronnych ocen prawnych. Tajemnicą poliszynela jest natomiast najtrudniejsza część rozwiązania problemu polegająca na konieczności eliminacji z tego zawodu dużej części sędziów, którzy nie spełniają obiektywnych kryteriów przydatności do tej zaszczytnej służby. O ile bowiem nie budzi kontrowersji wydalenie sędziego złodzieja czy prowadzącego samochód pod wpływem nadmiernej ilości promili, o tyle proces oczyszczenia z ludzi źle przygotowanych merytorycznie, bezdusznych lub aroganckich właśnie wraz z przyjęciem odnośnych ustaw dopiero się rozpoczął.

* łac.: Nikt nie może być sędzią we własnej sprawie

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie
Płonne nadzieje na kompromis

Płonne nadzieje na kompromis

Rzecznik praw i opozycja

Rzecznik praw i opozycja

Do broni!

Do broni!

Droga do zatracenia

Droga do zatracenia

Skutki optymalizacji podatkowej

Skutki optymalizacji podatkowej

Płonne nadzieje na kompromis

Oczekiwane prezydenckie projekty ustaw mających przywrócić Polakom sprawiedliwość wydają się wypełniać elementarny postulat realnej zmiany funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości i w innym nieco opakowaniu powtarzają istotę wcześniejszych propozycji Ministerstwa Sprawiedliwości.

 W chwili, gdy piszę te słowa, nie są znane szczegóły prezydenckich propozycji, a to właśnie, jak wiadomo, w szczegółach diabeł tkwi. Jednak ogłoszony przez prezydenta zarys daje podstawę do prowadzenia dalszych prac legislacyjnych. Z jednym wyjątkiem. Propozycja zmiany konstytucji zgłoszona w celu wdrożenia ustawy zdaje się logicznym dziwolągiem, na dodatek bez realnych szans wprowadzenia w życie. Już bowiem chwilę po jej upublicznieniu betonowa opozycja zapowiedziała brak na nią zgody, a PO odmówiła nawet uczestnictwa w spotkaniu z prezydentem. Widać zatem, jak płonne i naiwne były nadzieje na jakikolwiek kompromis, a tym samym polityczny błąd popełniony poprzez dwa weta staje się oczywisty. Co było, to było, dziś istotny jest wspólny wysiłek całego obozu dobrej zmiany na rzecz dalszej naprawy Rzeczypospolitej. Z prezydentem w należnym osobie i funkcji miejscu.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Rzecznik praw i opozycja

Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar to obok byłego przewodniczącego Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego urzędnik-polityk, który jest wielką nadzieją postkomuny. Zaangażowany w walkę z rządem Prawa i Sprawiedliwości i nadużywający w tej walce funkcji, którą pełni.

Bodnar opowiada głupstwa o stanie wolności w Polsce, uczestniczy w debatach, których celem jest propagowanie haseł o „pełzającym autorytaryzmie”. I pewnie czerpie z takiego czysto politycznego sposobu funkcjonowania na urzędzie wiele satysfakcji – w końcu jest cytowany i zapraszany na różne „salony” jako „autorytet” i „obrońca”, a balonik lewicowo-liberalnego prestiżu jest całkiem już krągły i spory. Zatem pewnie pan Bodnar jest z siebie niezwykle zadowolony, gdy walcząc z reformą sądownictwa broni kasty sędziowskiej czy atakuje projekt utworzenia Narodowego Instytutu Wolności, który ma spluralizować sposób finansowania organizacji pozarządowych, żądając zainteresowania OBWE. Ostatnio, jak klarował na opisanej przez „Gazetę Polską Codziennie” debacie, zorganizowanej na Uniwersytecie Warszawskim wraz z niemieckim instytutem, „w Polsce trwa walka o przetrwanie konstytucji z 1997 r., walka z próbami ograniczania praw człowieka”, co zapewne u niemieckich sponsorów spotkania wywołało uśmiech aprobaty. Rzecznik mógłby zapewne czuć jednak więcej satysfakcji, gdyby nie to, że pojawiają się chwile, gdy wszystkie jego wysiłki pokazują się jednoznacznie jako – jakby ujął to lud – pic na wodę, fotomontaż.

Ostatnim takim momentem była debata nad sprawozdaniem rzecznika w sejmie. Odbywała się po głosowaniach, wczesnym popołudniem. Większość posłów PiS nie była obecna na sali – część uczestniczyła w spotkaniach poświęconych działalności poselskiej, część wybierała się już do domów. Zostali ci, którzy byli wyznaczeni przez Klub do wzięcia udziału w debacie i, tak jak Krzysztof Lipiec, dobrze wypunktowali pracę Adama Bodnara – np. brak zaangażowania w obronę osób poszkodowanych złodziejską reprywatyzacją w Warszawie i wyrzucanych na bruk. Ale PiS nie ukrywa, że traktuje działania obecnego rzecznika jako element walki z rządem, a formułowane przez niego diagnozy jako nieprawdziwe, i domaga się ustąpienia Adama Bodnara z funkcji. Ale czemu na sali nie było niemal nikogo z ław opozycji, dla której pan Bodnar tak się stara jako „obrońca demokracji”? Otóż właśnie dlatego, że to pic na wodę, fotomontaż.

Trzeba przyznać portalowi Wirtualna Polska, że w tej sprawie zrobił niezłą robotę. W godzinach trwającej w sejmie debaty dziennikarz portalu podzwonił do polityków opozycji. Najpierw spytał o stan wolności w kraju pod rządami PiS. Posłanka Joanna Schering-Wielgus z Nowoczesnej mówi natychmiast, że „nie akceptuje się praw kobiet, a akceptuje przemoc i nienawiść”. Magdalena Kochan z PO recytuje: „Plasterki salami są odcinane każdego dnia, za każdym posiedzeniem Sejmu. Za każdą kolejną ustawą, którą przyjmuje. Zaczęło się od uderzenia w trójpodział władzy, bez którego żaden z obywateli nie może być pewny przestrzegania jego praw obywatelskich”. Piotr Misiło z Nowoczesnej prezentuje przekaz nie mniej komiczny: „Zbliżamy się do stanu, w którym demokracja przestaje być demokracją, tylko quasi totalitarnymi rządami”. Wszyscy rozmawiają z dziennikarzem w drodze do domu albo już z domu – po głosowaniach śpieszyli się do pociągu, samochodu, aby wyjechać z Warszawy przed korkami. Gdy dziennikarz pyta każdego z nich, dlaczego skoro jest tak źle z wolnością obywateli, nie ma ich na debacie dotyczącej tego tematu, tłumaczą się… „strategicznymi spotkaniami na mieście”. No i… złośliwością Prezydium Sejmu, że ten punkt w porządku obrad wyznaczono po głosowaniach. Ta czysta komedia wykonana przez posłów opozycji konfrontowanych przez Wirtualną Polskę z własnymi hasłami to nic innego jak świadectwo fikcji propagandy o „zagrożeniu demokracji” czy „ograniczaniu wolności obywatelskich”. Ale zademonstrowali coś jeszcze, co wcześniej pokazał Ryszard Petru, lecąc do Portugalii, że sami to lekceważą. Po prostu na banialuki Bodnara politycy PO, Nowoczesnej i PSL nie mieli czasu, w końcu to tylko taka gra, można się więc urwać, jechać do domu.

Taką to opozycją przebodli Adama Bodnara.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl