Make Poland Great Again. Na tego Donalda czekamy

MIH83 (pixabay)

Nawet przeciwnicy rządu Prawa i Sprawiedliwości musieli to przyznać. Wizyta prezydenta USA w Polsce, szczególnie w przededniu szczytu G20, jest ogromnym sukcesem i wzmocnieniem naszej międzynarodowej pozycji - pisze w najnowszym numerze „Gazeta Polska”.

Jak ogłosił w ubiegłym tygodniu Biały Dom, 45. prezydent USA podczas wizyty w Polsce spotka się z prezydentem Andrzejem Dudą, wygłosi przemówienie do Polaków na placu Krasińskich i – co być może najważniejsze – weźmie udział w Szczycie Inicjatywy Trójmorza. Nietrudno w kategoriach dyplomatycznych dostrzec symboliczną wagę tego gestu - pisze "Gazeta Polska". Trump przybędzie do Polski, zanim wyruszy na szczyt G20 do Hamburga, na którym spotkać się ma m.in. z europejskimi przywódcami, którzy od początku jego prezydentury nie szczędzili mu słów krytyki.

Dla Polaków, nauczonych już przez historię ostrożności w kwestii przedwyborczych obietnic zachodnich polityków, to prawdopodobny sygnał, że tym razem możemy skorzystać na bliskim sojuszu z USA w sposób, jaki rzadko nam się trafiał w najnowszej historii. Amerykańska Polonia stanowiła bardzo ważną część jego elektoratu, szczególnie w kluczowych stanach tzw. pasu rdzy, o czym pisała „Gazeta Polska” tuż po wyborach. Ponadto Trump, który przez społeczeństwa „starej Europy” jest po prostu nielubiany, nad Wisłą może liczyć na ciepłe przyjęcie. Może się więc okazać, że jego czwartkowe przemówienie na placu Krasińskich będzie jednym z kluczowych podczas jego prezydentury.

Afera związana z rozmowami, które prowadził gen. Flynn z ambasadą rosyjską, i jego późniejszą dymisją, rola, jaką odgrywał w administracji mianowany głównym strategiem Białego Domu Steve Bannon, zaproszony także do Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Jared Kushner, zięć prezydenta, którego zakulisowe wpływy urosły do statusu legendy, a przede wszystkim prowadzenie dyplomacji za pomocą Twittera. Wszystko to miały być dla liberalnych mediów koronne dowody tego, że amerykańska polityka zagraniczna dostała się w ręce ludzi niekompetentnych, nieprzewidywalnych i czeka ją rewolucja.

Jeśli jednak przyjrzymy się faktom, to zobaczymy, że obraz Trumpa jako „szaleńca z brzytwą”, który dąży do zniszczenia podstaw amerykańskich sojuszy, wykuwanych przez lata przez „fachowców”, jest bardzo daleki od prawdy i więcej ma wspólnego z lękami oraz obsesjami liberalnych elit niż z realnymi działaniami prezydenta USA - pisze "Gazeta Polska". Z zapowiadanych rewolucyjnych zmian: reset resetu z Rosją i nawiązanie przyjaznych relacji z Putinem, sojusz z Rosją w Syrii, wyjście Stanów Zjednoczonych z umów handlowych i multilateralnych sojuszy, dążenie do dezintegracji NATO, a nawet kwestionowanie podstaw globalnego porządku – niewiele pozostało. Trump, wbrew temu, na co wskazuje jego profil na Twitterze, wcale nie pozostaje głuchy na głos doradców, a przede wszystkim, nie posiadając jakiejś bardzo złożonej ideologii, jest w stanie zmieniać swoją pozycję zgodnie z wyzwaniami, które stawia rzeczywistość.

Tak było w wypadku Syrii i ataku rakietowego wymierzonego w reżim Asada, a pośrednio w Rosję. Tak było w kwestii NATO, bo choć nie zrezygnował z nawoływania o zwiększenie wydatków na obronność, to jednocześnie zapewniał w sposób jak najbardziej jednoznaczny o swoim przywiązaniu do artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego. Nawet ostateczna wersja proponowanych przez jego administrację zmian w traktacie NAFTA może się wydawać wyważona i rozsądna. Wydaje się też, że daleko jesteśmy od zdecydowanego zerwania z polityką „jednych Chin” w odniesieniu do Tajwanu, czego wielu się spodziewało - czytamy w "Gazecie Polskiej".

Jak pisze "GP"  Trump nie jest izolacjonistą, nie jest też alt-rightowcem. Według tygodnika trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wiele pozycji z poziomu poniżej gabinetu Białego Domu pozostaje ciągle nieobsadzonych (co oznacza, że sprawują je urzędnicy mianowani przez poprzednie administracje), a także to, że kluczowe stanowiska zajmują ludzie szanowani i uznawani za przewidywalnych: generałowie w stanie spoczynku Mattis i Kelly czy ciągle aktywny generał McMaster. „Jeśli personalia przekładają się na politykę, to administracja Trumpa będzie dużo mniej rewolucyjna niż wielu to sobie wyobrażało i przewidywało” – napisał Elliot Abrams w artykule o znaczącym tytule „Trump tradycjonalista” w „Forreign Affairs”.

Więcej w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Ten problem dotyczy prawie wszystkich osób po czterdziestce

/ pixabay.com

Niemal każda osoba zbliżająca się do 40 roku życia ma problemy ze wzrokiem. Większość narzeka na rozmazujący się tekst i źle widzi z bliskiej odległości. Odpowiada za to prezbiopia, czyli naturalne zmiany w układzie wzrokowym, które zachodzą wraz z wiekiem. Na tę przypadłość cierpi ok. 10 mln Polaków, przeważnie jednak nie wiedzą, w jaki sposób można ją korygować.

– Z badań wynika, że prawie wszyscy po 40 roku życia mają problemy ze wzrokiem, tylko nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Najczęściej objawia się to w postrzeganiu drobnych elementów w bliży – obraz zaczyna się rozmazywać, a w późniejszym okresie jest w ogóle niemożliwy do obserwacji 

- wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Szczerbiński, optyk optometrysta, ekspert Krajowej Rzemieślniczej Izby Optycznej.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez PBS, 98 proc. osób powyżej 40 roku życia ma problemy ze wzrokiem. To niemal połowa społeczeństwa. Odpowiada za to prezbiopia, czyli efekt naturalnych zmian układu wzrokowego, które zachodzą wraz z wiekiem. Mogą o niej świadczyć problemy z czytaniem z bliskiej odległości, rozmazany obraz czy trudności z widzeniem po zmroku.

– Prezbiopia to problem z postrzeganiem drobnych elementów, druku, tekstu, jakimkolwiek przedmiotem, który znajduje się w bliży. Fachowo mówiąc, jest to problem akomodacji – tracimy możliwość akomodowania w taki sposób, żeby te drobne elementy mogły być dla nas widoczne – tłumaczy Paweł Szczerbiński.

Większość za problemy ze wzrokiem obwinia zbyt długą pracę przed komputerem, jednak prezbiopia dotyka wszystkie osoby w grupie 40+. Przyczyną jest coraz mniej sprężysta soczewka, czyli naturalne zjawisko, które pojawia się wraz z wiekiem. Mniej sprawne stają się mięśnie odpowiedzialne za zmianę kształtu soczewki. W efekcie oko nie jest w stanie widzieć przedmiotów czy druku z bliska lub daleka.

Badanie wskazuje, że 89 proc. osób po 40 roku życia nie wie, że prezbiopia to efekt naturalnych zmian. Jeszcze mniej osób wie, w jaki sposób korygować taką przypadłość i co można zrobić, aby mimo problemów ze wzrokiem żyć komfortowo. Jak podkreślają eksperci, prezbiopii nie można wyleczyć, ale można z nią żyć.

– Najprostszą metodą jest zastosowanie odpowiedniej, dodatkowej korekty okularowej bądź obecnie najlepsze rozwiązanie to zastosowanie okularów progresywnych, które umożliwiają widzenie w jednej parze wszystkich odległości komfortowo i wygodnie – podkreśla Paweł Szczerbiński.

Szkła progresywne nosi zaledwie 13 proc. Polaków. Dla porównania, we Francji wskaźnik ten przekracza 70 proc. Tymczasem okulary progresywne to najlepsze rozwiązanie dla prezbiopów, choć 76 proc. z nich i tak nosi okulary. Szkło progresywne ma kilka obszarów działania: górna część odpowiada za widzenie dali, dolna – za bliskie odległości, a środkowa pozwala widzieć na pośrednich dystansach. Kluczem jest odpowiednie dopasowanie szkieł, za to zaś odpowiadają optometryści. Polacy rzadko jednak badają wzrok (64 proc. osób 40+ robi to rzadziej niż zalecane raz na rok), a 41 proc. nie wie, że wzrok można zbadać u optometrysty.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl