Oszukani nie są winni

Klienci Amber Gold to nie ofiary nietrafionej inwestycji, tylko zwyczajnego przestępstwa. Doszukiwanie się jakiejkolwiek winy również po ich stronie to kreowanie społecznego przyzwolenia na oszustwo i łamanie prawa.

Roman Giertych, adwokat przesłuchiwanego niedawno przez komisję ds. Amber Gold Michała Tuska, zabrał głos w sprawie największej afery finansowej III RP w Radiu Zet. Z dawnego praworządnego szeryfa, który jeszcze jako minister edukacji wprowadzał program „Zero tolerancji” dla przestępstw w szkołach, niewiele już zostało. Zgodnie z powiedzeniem, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, Giertych już jako adwokat odwrócił swoją optykę o 180 stopni. Słuchacze Zetki mogli więc usłyszeć, że „ktoś inwestujący 100 tys. zł powinien znaleźć chwilę, żeby w Google wbić firmę, w którą chce zainwestować”, a poza tym „sprawa tego, że Amber Gold to lipa, było już wiadomo po ostrzeżeniu KNF-u”. Były lider Ligi Polskich Rodzin odświeża więc śpiewkę starą jak świat, według której oczywiście gwałciciel uczynił źle, ale swoje zrobił też wyzywający ubiór zgwałconej. No bo w zasadzie dlaczego ona się tak ubrała? Nie wiedziała, jak taka krótka kiecka działa na facetów? W tym relatywizowaniu, które miało sprawiać wrażenie obiektywnego oglądu sytuacji, tak naprawdę zawsze chodziło o zakamuflowane wybielenie sprawcy. No zawinił, ale w gruncie rzeczy biedny facet przecież nie odpowiada za swoje naturalne popędy. Podobnie w tym wypadku – nie o próbę chłodnego spojrzenia na sprawę tu chodzi. Raczej o zdjęcie odium winy z tych, którzy swoją indolencją albo działaniem przyłożyli się do wybuchu afery o tak wielkiej skali. No bo skoro tyle osób uparło się, żeby iść do Marcina P. jak barany na rzeź, to co ci biedni ludzie odpowiedzialni wtedy za porządek w kraju mogli poradzić? Abstrahując od prawdziwych motywów mec. Giertycha – czy usprawiedliwia w mediach swoich klientów, czy rzeczywiście przeniósł się na pozycję darwinowskiego liberalizmu – trzeba zauważyć, że błądzi na wszystkich możliwych poziomach. Nie tylko nie rozumie mechanizmów ludzkich zachowań ekonomicznych, ale też wykoślawia istotę samej sprawy Amber Gold.

Nie każdy jest finansistą

Mecenas Giertych zakłada, że każdy inwestujący swoje pieniądze ma żyłkę do interesów i z góry potrafi wyczuć oszustwo. Każdy dysponuje też podobną wiedzą i źródłami informacji. Takie moralizatorskie tyrady o odpowiedzialności za własne pieniądze może i dobrze brzmią, tylko że opierają się na wizji świata, który nie istnieje. Nie każdy, kto nazbierał sobie przez lata pewną nadwyżkę pieniędzy, musi być finansistą z zamiłowania. Facetowi, który osiem godzin dziennie zajmuje się spawaniem i o spawaniu akurat wie wszystko, lokata na 10 proc. nie musi wcale wydawać się podejrzanie wysoka. Różnica między kilkuprocentową wtedy lokatą w banku a lokatą na 10 proc. w Amber Gold na pierwszy rzut oka nie jest przecież absurdalna. Tym bardziej że mówimy o firmie, która reklamowała się w największych polskich gazetach, a jej siedziba w centrum Gdańska przypominała pałac, co jeszcze tylko zwiększało zaufanie Polaków na co dzień niemających styczności z finansami. Roman Giertych jako adwokat powinien sobie zdawać z tego bardzo dobrze sprawę, bo na co dzień ma do czynienia ze zjawiskiem „asymetrii informacji”, choćby na sali sądowej. Przecież fach adwokata powstał właśnie dlatego, że zdecydowana większość ludzi nie dysponuje znajomością prawa, by móc samemu reprezentować swoje interesy w sądzie. Dlaczego więc zakłada, że wszyscy są biegli w tajnikach świata finansów i na kilometr wyczują oszustwo? Gdyby wszyscy mieli podobny zasób wiedzy we wszystkich życiowych obszarach, to adwokat Giertych i jego koledzy z palestry w ogóle by nie byli nikomu potrzebni, bo ludzie sami załatwialiby swoje sprawy w sądach i nie tylko. Zresztą ciekawe, czy podobne uwagi kieruje w stosunku do swojego klienta Michała Tuska.

Ostrzeżenie do szuflady

Mecenas Giertych, mówiąc „o kimś, kto inwestuje 100 tys. zł”, że dokonuje manipulacji – kreuje profil przeciętnego klienta Amber Gold, który jest inny od tego z rzeczywistości. W sprawie AG 18 tys. poszkodowanych straciło 851 mln zł – to daje więc 47 tys. zł na osobę. To średnia, więc wiele z tych osób zainwestowało mniejsze kwoty. Tak więc w zdecydowanej większości to nie byli żadni wielcy inwestorzy, raczej drobni ciułacze, często starsi, wychowani jeszcze w starym ustroju. Część z nich w ogóle nie miała możliwości wy­googlować sobie Amber Gold, jak im łaskawie radzi mec. Giertych – w końcu w Polsce wciąż jedna piąta gospodarstw domowych nie ma dostępu do internetu. Giertych powołuje się na ostrzeżenie KNF-u z 2009 r. To doprawdy bardzo zabawne, zważywszy na to, jak to ostrzeżenie wyglądało – Amber Gold pojawiło się na „liście ostrzeżeń publicznych” na stronie internetowej nadzoru. Podstronę tę odwiedza kilkadziesiąt tysięcy osób... rocznie. Pierwszy lepszy blog o gotowaniu ma więcej czytelników. 

Przestępstwo i błąd to nie to samo

Przemilczanie zjawiska asymetrii informacji można by jakoś zrozumieć, gdyby chodziło o nietrafioną inwestycję. Czyli np. Amber Gold ryzykownie inwestowałby na rynkach wschodzących, a ich indeksy poleciałyby w dół, co pociągnęłoby straty klientów. Wtedy jeszcze uprawnione byłoby twierdzenie, że klienci mogli się dowiedzieć, w co inwestują, jakie jest ryzyko itd. Ale w wypadku AG nie mówimy o nietrafionej inwestycji, tylko o doskonale zorganizowanym przestępstwie obudowanym wsparciem medialnym, głośnymi nazwiskami, siedzibami we wszystkich większych miastach czy nawet przewoźnikiem lotniczym – a więc działalnością w wysoko regulowanej i kontrolowanej przez Urząd Lotnictwa Cywilnego branży. Klienci Amber Gold nie stracili na tym, że kurs złota spadł, tylko dlatego, iż AG w ogóle tego złota nie miało zamiaru kupować. Z niecałego miliarda złotych depozytów Marcin P. i spółka kupili kruszcu za 10 mln zł. W takiej sytuacji wysuwanie pouczających uwag w stosunku do oszukanych przekracza granice bezczelności. Chyba po to płacimy podatki na instytucje publiczne, żeby w XXI w. nie musieć się trzy razy zastanawiać nad każdym ruchem – czy kupić tę pastę do kanapek, czy może jednak najpierw wygooglować producenta, żeby sprawdzić, czy nie używa do produkcji soli drogowej.

Zbyt długa seria niefortunnych zdarzeń

No i właśnie instytucje publiczne zawiodły w całej rozciągłości. I to po stronie administracji rządowej oraz władzy legislacyjnej powinniśmy szukać winnych – poza bezpośrednimi sprawcami rzecz jasna. To, jak realnie wyglądały ostrzeżenia KNF-u, opisałem wyżej. A co w zasadzie oznaczało takie ostrzeżenie? Tylko tyle, że AG działa bez licencji, nic więcej. Pytanie, dlaczego w ogóle dopuszczono do sytuacji, w której instytucja mająca niemal miliard złotych depozytów może działać poza bezpośrednim nadzorem bankowym, przez co KNF miała wobec niej de facto związane ręce? Dlaczego prokuratura ignorowała kolejne zgłoszenia KNF-u i umarzała sprawę? Dlaczego gdański sąd rejonowy dopiero w połowie 2012 r. wezwał AG do złożenia sprawozdania finansowego za 2010 r.? Dlaczego spółkę powiązaną z AG firmowały swoimi twarzami pomorskie elity władzy samorządowej? Naiwność klientów nie ma tu nic do rzeczy – przy takiej skali indolencji instytucji (to i tak optymistyczna wersja wydarzeń) niejeden obywatel z głową na karku mógł dać się złapać na haczyk. Roman Giertych jako adwokat zapewne to bardzo dobrze wie. A jako człowiek powinien wiedzieć, że wycieranie sobie ust ofiarami przestępstwa zwyczajnie nie przystoi.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Pakt Ribbentrop-Mołotow nadal obowiązuje

Od tego wydarzenia mija 78 lat. Wydawałoby się – „stara sprawa”. Ale zbliżenie Hitlera ze Stalinem z sierpnia 1939 r. oparte było na założeniach, które Berlin i Moskwa stosują do dziś. Jeśli Jałta jest symbolem zdrady Zachodu, to pakt oznacza redukowanie Polski. Nawet do niebytu.

Minister spraw zagranicznych nazistowskich Niemiec Joachim von Ribbentrop i jego odpowiednik sowiecki Wiaczesław Mołotow, w imieniu swoich totalitarnych dyktatorów, zawarli pakt. Współpraca ekonomiczna między tymi krajami trwała już wcześniej, ale w pakcie z 23 sierpnia 1939 r. obie strony zobowiązały się na piśmie, że nie będą wspierały żadnych sojuszy i porozumień skierowanych przeciwko sobie. Spory będą załatwiały polubownie, a w sprawie wspólnych interesów będą naradzały się we własnym gronie.

Rzecz jasna, tajny protokół dopowiadał więcej – podział Europy Wschodniej na strefy wpływów – północna granica Litwy miała być rozgraniczeniem między strefą sowiecką i niemiecką, Polska podzielona wzdłuż rzek Narew–Wisła– San, a Besarabia (dzisiejsza Mołdawia) stanie się własnością komunistycznej Rosji.

Przez ponad siedem dekad od podpisania tego dokumentu zmieniło się w polityce tak wiele, że handel berlińsko-moskiewski wydaje się podobny do porozumienia starożytnych Hetytów i Egipcjan. II wojna światowa uczyniła z dwóch totalitaryzmów sojuszników, a potem wrogów, Niemcy nieomal zniknęły z mapy silnych państw (jedna z amerykańskich koncepcji zakładała np. deindustrializację Niemiec i uczynienie z nich kraju rolniczo-pasterskiego), a świat podzielił się wzdłuż osi Moskwa–Waszyngton.

Później oś pękła i powstał świat wielobiegunowy, Unia Europejska weszła w nową fazę, a Rosję zepchnięto kilkaset kilometrów w stronę Uralu. Przynajmniej pięć zwrotów akcji w dziejach obydwu państw powinno włożyć założenia nazistowsko-komunistyczne do szuflady, ale okazuje się, że szuflada wcale nie jest zamknięta, a w poszczególnych punktach tamtego porozumienia politycy obu mocarstw cały czas grzebią i nad nimi wzdychają.

Powody, dla których 23 sierpnia 1939 r. jest nadal aktualny, zmuszają mniejsze kraje do solidarności i przeciwdziałania. Polacy powinni to zrozumieć najszybciej.

Zostawmy świat mocarstwom

Tak zdają się brzmieć nuty koncertu mocarstw, które po upadku Napoleona ustanowiły w 1815 r. w Wiedniu nowy ład – przedstawiciele europejskich potęg podzielili Europę, rysując granice z łatwością szkolnego ćwiczenia z plastyki. I tak sposób urządzania życia narodom, polegający na porozumiewaniu się silnych ponad słabymi wszedł do polityki jako zwyczaj, nawyk, odruch.

Ten system rozbił w 100 lat później prezydent USA Woodrow Wilson, który walnął pięścią w europejski stół i zarządził zasadę o samostanowieniu narodów. Każdy naród urządza się, jak chce, a granice ustalamy tak, jak ludność określi, do której wspólnoty należy. Wobec Polski tę zasadę osłabili Brytyjczycy, rysując sobie zwyczajem z 1815 r. linię Curzona, która wyznaczała zasięg niepodważalnych wpływów Warszawy. I tak w pierwszej połowie XX w. ucierały się dwie zasady – albo silni będą rozdawali karty, albo każdy urządza swój pokój w Europie tak, jak chce i potrzebuje.

I tu właśnie na scenę weszli Hitler i Stalin, którzy poprzez swoich ministrów 23 sierpnia 1939 r. zawarli ów słynny pakt, który przeważył w przepychankach: koncert mocarstw czy samostanowienie.

Losy dziesiątków milionów ludzi miały być przesądzane w zamkniętych gabinetach przez wąskie grono dygnitarzy dumających nad mapą kontynentu. I jeśli ktoś myśli, że Ribbentrop-Mołotow to zamknięta przeszłość, niech się przyjrzy, jak los Ukrainy ustalany jest między Angelą Merkel i Władimirem Putinem, jak bierność Europy towarzyszy aktywności Rosji, jakby znowu ziemie na wschód od Sanu były w strefie spadkobierców Lenina. Wiemy, jak biznes niemiecki naciska na rząd ukraiński, by móc handlować z oligarchami, wiemy, jak 12 lutego 2015 r. w Mińsku Francja i Niemcy mediowały między Ukrainą a Rosją i jak nic z tego mediowania nie wyszło – bo tak właściwie (szeptem mówiąc) to Ukraina nadal jest postrzegana jako część interesów Rosji – podobnie było w 1939 r.

Demokracja swoje, a pieniądze swoje

Zbliżenie niemiecko-sowieckie było szokiem dla obserwatorów. Przecież komunizm jest tak antynazistowski! Ależ nazizm tak nienawidzi komunizmu, przecież wybił czerwonych u siebie w kraju! Tymczasem mądrzejsi analitycy wiedzieli, że tyrady polityków należy rozdzielić od rozmów przy stole – że interesy biorą górę ponad zasadami, zwłaszcza w krajach, które nie utożsamiają się z zachodnią cywilizacją. Zachód opiera się na wolności, partycypowaniu obywateli w rządzeniu, konkurencji – gdy te zasady podkopie, zamieni się w gruzowisko. Państwa totalitarne mogą sobie żonglować ideologiami, bo spaja je siła, żądza ekspansji, kult przywódców. I tak było tym razem – na Kremlu i w Reichstagu przesunięto wajchę i z łatwością porozumiano się z dawnymi wrogami.

Co do Rosji nie żywimy złudzeń – nadal imperialna, kierująca się przemocą, agresją, używająca oszustw i zbrojnych przewrotów. Po powojennym państwie niemieckim natomiast moglibyśmy się spodziewać więcej – zbudowane na chrześcijańskiej perspektywie sędziwego Konrada Adenauera (kanclerz RFN-u 1949–1963), który obawiał się przyszłej pruskiej dominacji w jego kraju, miały odżegnywać się od koncertu mocarstw i ideowej hipokryzji. Ale kolejni przywódcy, od Willy’ego Brandta czy Gerharda Schrödera prawdopodobnie po Angelę Merkel, pokazywali, że demokracja zachodniej Europy coraz częściej jest fasadą dla mocarstwowych interesów.

Ta rozbieżność między deklaracjami a prawdziwymi żądzami jest groźniejsza, niż nam się wydaje – bez demokracji, chrześcijaństwa i wolności Europa straci atrakcyjność, która od wieków była motorem jej rozwoju. Ubić interes z Gazpromem to niezły biznes w perspektywie dziesięciu lat – ale wielkie ryzyko w dłuższej perspektywie. Na co światu autorytarna Europa z anonimowymi dyktatorami w fotelach prezesów wielkich firm przemysłowych? Unia Europejska ma ponad 500 mln mieszkańców. Czy chce porzucić swoje wartości i stać się ziemią pracowników, niewolników i marionetek wielkich tego świata? Jeśli tak…

Ameryko, daj nam wizy, zrób z nas kolejny stan swojej ziemi wolności, ale nie zostawiaj nas na pastwę handlarzy narodami!

Złowieszcze granice

Nawet tak oczywiste i jednoznaczne ustalenia, jak granice państw w Europie Wschodniej, niewiele się różnią od ustaleń Ribbentrop-Mołotow. Co prawda wschodnia granica Polski nie leży dziś na Wiśle, jak pierwotnie przewidywał pakt, ale w dużym stopniu odzwierciedla podział RP, który nastąpił po wrześniu 1939 r. Wyraźną różnicą jest może powrót Białegostoku do macierzy, a i włączenie do Polski części Prus Wschodnich, ale dalej na południe ustalenia Stalina i Hitlera pozostają bardziej aktualne.

Nawet malutka Besarabia, której chciał Kreml w 1939 r., jest dziś patologicznym państewkiem – Mołdawią czy też Mołdową, czy też Republiką Mołdowy – nawet nazwy, granic, religii i języka nie ma ustanowionych dokładnie, bo o tym decyduje się gdzie indziej.

Dodajmy do tego złowieszczy fakt, że na granice między Wschodem a Zachodem, które ciągną się na południe od Białegostoku aż po Morze Czarne (ze Lwowem po „rosyjskiej” stronie), są starsze niż w pakcie Ribbentrop-Mołotow – są one bowiem wymarzoną strefą wpływów Moskwy już od czasów carów – o nich marzył Iwan IV Groźny, realizował je Aleksy Romanow podczas potopu szwedzkiego, doprowadził do ich realizacji zwycięzca Napoleona Bonapartego – car Aleksander I. A więc, o zgrozo, geopolityczne marzenia Polaków o Międzymorzu są dziś wyszydzane i wciąż daleko im do spełnienia, a sny ze stolic – Berlina, a zwłaszcza Moskwy, są bardzo bliskie rzeczywistości. Dziś więc rogatki graniczne stoją nieopodal tych miejsc, gdzie sobie ustalili Stalin z Hitlerem!

Jak daleko jest z Moskwy do Berlina?

To pytanie Polacy stawiają sobie od czasów złotego wieku króla Zygmunta Starego, wtedy bowiem dyplomaci Rzeszy Niemieckiej (wówczas z centrum w Wiedniu, a nie Berlinie) omijali granice Rzeczypospolitej, by dotrzeć na dwór carów. I wówczas nasi monarchowie wiedzieli, że tę drogę trzeba wydłużyć, a najlepiej uczynić niemożliwą. Że to zbliżenie nigdy nie będzie Polsce służyło i jest to zasada, którą złotymi literami należałoby wykuć nad biurkami Pałacu Prezydenckiego, Belwederu i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Pakt Ribbentrop-Mołotow pozostaje w tym aspekcie aktualny, ale chwała Bogu w niewielkim stopniu. Choć Berlin i Moskwa ciążą ku sobie, nie zawierają takich jednoznacznych traktatów, jak to miało miejsce w I połowie XX w. Dziękujmy tu Ukraińcom – to oni, biorąc na siebie agresję rosyjską, płacąc za bitwę o wolność na kijowskim Majdanie, zdarli z Putina szatę hipokryzji, obnażając antydemokratycznego i antyzachodniego dyktatora. Gdyby nie to rażące naruszenie zasad międzynarodowych przez Moskwę, do dziś Polska byłaby postrzegana jako histeryczny rusofob, który nie widzi rzekomych procesów westernizujących Rosję. Droga z Berlina do Moskwy nieco się więc wydłużyła – ale na jak długo?

Jak trudno jest przepłynąć Atlantyk?

To zagadnienie jest analogiczne do odległości między Berlinem a Moskwą. Bo każde zbliżenie europejskich hegemonów odsuwa Europę od Ameryki. I nasz kontynent, stara kolebka zachodniej wszechmocy, cierpi na jakiś irracjonalny kompleks wobec Stanów Zjednoczonych. Choć Waszyngton ratował nas w I i II wojnie światowej, a potem pokonał komunizm, to nadal jego „imperializm” jest zrównywany z żądzą dominacji totalitarnej lub autorytarnej Rosji. Moskwa zresztą umiejętnie od kilkudziesięciu lat podsyca antagonizmy amerykańsko-europejskie: ubolewała nad obecnością wojsk USA w Niemczech w latach 40., podsycała przekonanie Charles’a de Gaulle’a, że może stać na podium mocarstw bez pomocy Waszyngtonu, wreszcie gotowa była na kompromis w sprawie zjednoczenia Niemiec, byle wycofać stamtąd amerykańskich żołnierzy i zlikwidować bazy NATO.

Ponoć kompleksy wobec Ameryki biorą się też z zazdrości – USA jest krajem sukcesu, którego brakuje na ziemi od Lizbony po Ural. Jak to się ma do paktu Ribbentrop-Mołotow? Otóż 23 sierpnia 1939 r. pokazał, że można wyobrażać sobie Europę podzieloną na Zachód (kraje romańskie), środek (wpływy niemieckie) i Wschód (Rosja). Tyle wystarczy, ten triumwirat nie tylko zajmie się narodami, jak to na koncert mocarstw przystało, ale też nie potrzebuje większego brata zza Atlantyku. Dla salonów w Paryżu, Berlinie czy Moskwie Biały Dom nie musi istnieć, a nawet istnieć nie powinien. Ale Polska Ameryki potrzebuje – tak jak potrzebuje wszystkich narodów dawnej Rzeczypospolitej, potrzebuje z nimi porozumienia i zbliżenia, aby w razie kolejnych salonowych paktów nowych Ribbentropów i Mołotowów starczyło nam sił, by głośno przez Atlantyk zawołać, że stara Europa znowu wariuje i śni się jej niewolenie ludzi i narodów.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Partnerzy do reformy?

Od kogo odszkodowania

Jak podnieść ciśnienie Polakom

500+ ma się dobrze

W obliczu nieszczęścia

Tak, terroryści są także wśród „uchodźców”

Po każdym kolejnym zamachu podnoszą się w Polsce ze strony części opozycji głosy, jakoby kłamliwe i niemoralne było wiązanie kwestii relokacji nielegalnych imigrantów z zagrożeniem islamskim terroryzmem. Przypomnijmy zatem pewne fakty.

W czasie zamachów w Paryżu 13 listopada 2015 r. (130 zabitych, 413 rannych) wysadziło się w powietrze dwóch Irakijczyków przybyłych do Europy przez Grecję jako „uchodźcy”. Inni „uchodźcy” powiązani z tymi pierwszymi brali udział w przygotowaniu zamachów z 22 marca 2016 r. w Brukseli (32 zabitych, 340 rannych). To Tunezyjczyk, były mieszkaniec ośrodka dla uchodźców na Sycylii, zabił polskiego kierowcę i wjechał w tłum na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie 19 grudnia 2016 r. (12 zabitych, 56 rannych). Uzbek, który wjechał ciężarówką w tłum w Sztokholmie 7 kwietnia 2017 r. (5 zabitych, 14 rannych), złożył wcześniej wniosek o azyl.

Amerykański think tank Heritage Foundation opublikował na początku sierpnia statystykę, z której wynika, iż „uchodźcy” brali udział w 15 proc. wszystkich projektów zamachów (udanych i nieudanych) w Europie od 2014 r. Takie są fakty.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Opozycji sondażowy ból głowy

Autograf dla mafiosa

Powtórka z historii?

KOD-masochiści!

Milczenie w sprawie aneksu WSI

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl