​Ustawianie chłopca do bicia

Piramidalną wręcz ilość bzdur można usłyszeć podczas debaty na temat imigrantów, a właściwie podczas debat, bo uczestniczę zarówno w dyskusjach w polskich mediach, jak też mediach zagranicznych i instytucjach międzynarodowych.

Gdy ostatnio występowałem we France 24, z ust Steliosa Kouloglou, europosła z Grecji reprezentującego rządzącą tym krajem Syrizę (korespondenta w Polsce w czasach, gdy powstawała Solidarność) usłyszałem, że Polska jest współwinna... wielkiej fali migracji z Iraku! Nie żartuję. Na jakiej podstawie oparł swoją absurdalną tezę ów polityk z postkomunistycznej Syrizy? Ano na tym, że, jak powiedział, Wielka Brytania i Polska były sojusznikami prezydenta George’a W. Busha w obalaniu Saddama Husajna...

Wynikało z tego, że inwazja imigrantów z tego regionu to wina Rzeczypospolitej, która doprowadziła do upadku reżimu Husajna, wojny domowej i „ucieczki ludów” z tego blisko 40-milionowego kraju. Prawdę mówiąc, poczułem się nieźle jako przedstawiciel imperialnej Polski, która dzieli i rządzi na niemal całym świecie. Żarty jednak na bok. Taki właśnie obraz naszej ojczyzny jest upowszechniany w środowiskach lewicowych i lewackich. W tej pokrętnej narracji wszystko staje się proste. Polska ‒ europejski brytan złowrogich jankesów, jest niemal w takim samym stopniu jak kapitaliści wuja Sama winni destabilizacji Bliskiego Wschodu. Cóż, wolę czytać rozważania amerykańskich politologów, którzy mówią, że przyszłość Europy należy do dwóch dużych państw, takich jak Polska i Turcja. To przynajmniej lepiej brzmi. No i jest wszak dużo bardziej zgodne z rzeczywistością. Lewakom wszystko się składa w ich biało-czarny świat. Katolicka, prawicowa Polska, pełna islamofobii najpierw udostępniała Amerykanom więzienia, w których torturowano niewinnych muzułmanów, wcześniej zamachnęła się na Afganistan oraz Irak, a na koniec tej reakcyjnej islamofobii nie chce przyjąć biednych islamskich uchodźców, potęgując problemy krajów rządzonych przez lewicę, jak Grecja właśnie, ale też i Włochy, które ratują imigrantom życie i od lat goszczą ich u siebie. W tej narracji nie ma miejsca na stwierdzenie faktu, że to lewicowy rząd w Polsce podjął decyzję o naszym udziale w operacji afgańskiej oraz irackiej i te same lewicowe władze kooperowały z Waszyngtonem w sprawie wypożyczania sojusznikom ośrodka w Kiejkutach. Nie ma też miejsca na informację, że sprzeciw wobec islamskich imigrantów w Polsce jest znacznie szerszy niż poparcie dla rządu Prawa i Sprawiedliwości (od 1,5 do 2 razy większy).

Bajeczki establishmentu

W debacie we francuskiej telewizji, którą zorganizowano w gmachu PE w Brukseli, uczestniczyła jeszcze eurodeputowana z Włoch i poseł ze Szwecji. Oczywiście oboje atakowali Polskę za brak solidarności europejskiej. Szwed jakoś zapomniał w ferworze debaty, że jego kraj zdecydowanie sprzeciwiał się wraz z Finlandią i krajami bałtyckimi rosyjsko-niemieckiemu Gazociągowi Północnemu. A Nord Stream był właśnie najbardziej spektakularnym w ostatniej dekadzie przykładem... braku europejskiej solidarności. Włoszka, podobnie jak Grek, chce się pozbyć bólu głowy i imigracyjny „gorący kartofel” przerzucić byle dalej od Italii i Hellady. Ona przynajmniej ma w tym narodowy interes. Szwed natomiast powinien pamiętać jako polityk opozycyjnej centroprawicy, że nawet bardzo proemigracyjny lewicowy rząd szwedzki publicznie rozważa możliwość wyrzucenia z tego kraju nawet do 60 tys. imigrantów przybyłych w ostatnim czasie, a niespełniających – i tak bardzo łagodnych – kryteriów stawianych przez Sztokholm.

Debatę prowadziła francuska dziennikarka, która na kwestię polityki migracyjnej miała poglądy podobne jak prezydent Emmanuel Macron, tyle że „jeszcze bardziej”... Cóż, „nec Hercules contra plures” albo „siła złego na jednego” – ale dałem radę. Szkoda tylko, że grecki polityk jakoś zapomniał, że to przedstawiciele Straży Granicznej z Polski wciąż kontrolują na prośbę władz w Atenach i Skopje granicę Grecji i Macedonii. Skądinąd po stronie Macedonii, a więc nieunijnej. Z kolei gdyby zapytać owej francuskiej dziennikarki, to pewnie nie miałaby zielonego pojęcia, że polscy „pogranicznicy” kontrolują również granice Bułgarii i Turcji – tak jak Włoszka pewnie nie ma bladego pojęcia, że nasi chłopcy ze Straży Granicznej, jeszcze nie tak dawno, też na prośbę tych krajów, kontrolowali granicę Słowenii i Chorwacji oraz Chorwacji i Serbii. Polscy żołnierze w liczbie 150 biorą udział w akcji stabilizacyjnej w Kosowie i nie stają do raportu za przesiadywanie w kawiarniach i picie cappuccino podczas służby, jak jej rodacy carabinieri, też tam służący.

Skuteczna Polska i bezradna „piętnastka”

Zachód chce być ślepy i głuchy w sprawach polityki imigracyjnej. Dlatego też ani nie chce słyszeć, ani nie chce widzieć, że rząd Prawa i Sprawiedliwości pięciokrotnie (sic!) zwiększył kwotę przeznaczoną na pomoc dla uchodźców w Syrii oraz parokrotnie zwiększył dotacje dla polskich organizacji charytatywnych działających na szeroko rozumianym Bliskim Wschodzie. Po debacie we France 24 miałem kolejną z brytyjskim politykiem dla brytyjskich mediów. Powiedziałem tam wprost, że należy starać się o znalezienie mądrej równowagi między bezpieczeństwem a swobodnym przepływem osób. Ale jeśli musimy wybierać, to mój kraj, Polska, wybierze bezpieczeństwo. Tego samego dnia miałem też dyskusję z parunastoma węgierskimi dziennikarzami, którzy gościli u mnie w biurze w Brukseli. Ich nie trzeba było specjalnie przekonywać do polskich racji, bo Budapeszt też stał się ofiarą proimigracyjnej unijnej nagonki. Ale i oni chyba po raz pierwszy usłyszeli argumentację, jaką przedstawiłem, że decyzja o niewpuszczaniu do Polski imigrantów spoza Europy, głównie islamskich, zwiększy bezpieczeństwo naszych obywateli, naszego regionu nie tylko w perspektywie najbliższych kilku, ale nawet kilkudziesięciu lat. Dlaczego? Ponieważ większość zamachów, poza pojedynczymi wypadkami w postaci Paryża, Brukseli i Konstantynopola (Stambułu), w których brali udział także nowi uchodźcy, jest przede wszystkim dziełem dzieci imigrantów, mających już paszporty krajów, do których przed laty przybywali ich rodzice. A więc niewpuszczanie pozaeuropejskich imigrantów dzisiaj oznacza znaczące ograniczenie ryzyka zamachów za 20, 30 czy 40 lat.

Ciekawe, dlaczego ci wszyscy nauczyciele przedmiotu „imigracja”, którzy chcą nam udzielać wysoko płatnych korepetycji, ci europejscy prokuratorzy prowadzący postępowania wobec naszej ojczyzny nie chcą wyjaśnić sobie i nam, dlaczego muzułmańskich imigrantów, bądź co bądź, swoich braci w wierze nie chcą przyjmować jedne z najbogatszych krajów świata, a jednocześnie państwa gorliwych wyznawców islamu, jak Arabia Saudyjska i Kuwejt. No właśnie, dlaczego? Warto i z tego wyciągnąć wnioski.

A może jest też i tak, że za tym huraganowym atakiem ze strony najbogatszych państw UE na Polskę i inne kraje regionu stoi poczucie sromotnej klęski ich polityki imigracyjnej i zazdrość, że Rzeczpospolita jest od nich w tej materii po prostu dużo bardziej skuteczna?

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kto ukradł nam 10 lotniskowców?

Były zastępca ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina jeszcze z czasu rządów Platformy Obywatelskiej usłyszał zarzuty, będące pobocznym wątkiem śledztwa w sprawie działalności zorganizowanej grupy przestępczej oskarżanej o kradzież z naszych kieszeni 700 milionów zł za pomocą wyłudzenia podatku VAT.

Mechanizm tego typu przestępstw jest prosty. Sprowadza się do potraktowania Urzędu Skarbowego jak bankomatu. Kartą do tego bankomatu jest odpowiednio przygotowany plik faktur, które przedstawione w pewnej kombinacji sprzyjającemu urzędnikowi przez lata skutkowały wypłatą gigantycznych sum na konto przestępców. Przestępstwa karuzelowe, bo tak ten rodzaj finansowej gangsterki się nazywa, szacowane są na kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie w Polsce. Rok w rok od wejścia Polski do UE organizatorzy tego procederu otrzymywali pieniądze, których skumulowany kapitał przekraczał wielokrotnie wartość majątku najbogatszych Polaków. Zgodnie z oficjalną listą najbogatszych, okupujący pierwsze miejsce pani Dominika i Sebastian Kulczykowie dysponowali majątkiem wartości 15,5 mld zł. Gdyby organizator przekrętu, w związku z którym zarzuty otrzymał minister Królikowski, występował na liście „Wprost” i zadeklarował ukradzione w tej sprawie pieniądze jako swój oficjalny majątek, lokowałby się gdzieś w okolicach 50. miejsca wśród najbogatszych Polaków. A mówimy wyłącznie o konkretnym śledztwie i jednym z wielu przekrętów, w którym prokuraturze udało się zebrać wystarczającą liczbę dowodów do postawienia zarzutów. Takich spraw w Polsce były tysiące od roku 2004. Oznacza to, że wyprowadzone z Polski fundusze przez „dyskretnych ludzi z cienia” mają wartość wielokrotnie przekraczającą oficjalne majątki najbogatszych Polaków. Pieniądze te z całą pewnością zgromadzone są poza granicami Polski. Nie wiemy, ani ile jest takich osób, ani nie znamy ich personaliów. Ale z samej prostej arytmetyki wynika, że skala wartości majątków pochodzących z kradzieży może być porównywalna tylko do przychodów, jakie mafie osiągają z najbardziej dochodowych przestępstw, takich jak sprzedaż narkotyków lub broni. Ale warto pamiętać jeszcze o jednym aspekcie, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Tak wielkie pieniądze mają potencjalną moc wpływania na władzę. Zwrócił na to uwagę w jednym z ostatnich programów „Minęła 20” prof. Witold Modzelewski, który sam tworzył w latach 90. „przedwspólnotowy” mechanizm podatku VAT. Powiedział, że „ktoś, kto posiada 700 milionów pochodzących z kradzieży, stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa”. Dlaczego? Dlatego, że tego rodzaju przekręty nie mogły powstawać bez udziału… samego państwa, a przynajmniej części jego aparatu. Ktoś musiał stworzyć w urzędzie listę firm, których urzędnikom nie wolno kontrolować. Ktoś musiał przymknąć oczy na oczywisty bezsens biznesowy handlu bezwartościowymi dobrami. Ktoś musiał zrezygnować z weryfikowania, czy pieniądze pomiędzy elementami karuzeli finansowej naprawdę były przesyłane. Wreszcie – ktoś musiał nacisnąć przycisk „enter” i regularnie wysyłać z kont urzędów skarbowych milionowe przelewy na konta firm słupów stworzonych przez gangsterów tylko po to, żeby nas okradać. Robili to konkretni ludzie, mają imiona i nazwiska, pieczątki. Bóg raczy wiedzieć, z kim dzielili się odpowiedzialnością i swoją urzędniczo-polityczną dolą… Ktoś, kto to robił i to wie, może wydać bardzo dużo tylko na to, żeby nikt więcej nic się nie dowiedział. Skala tych przekrętów jest obezwładniająca. 14-letnia bonanza karuzel VAT kosztowała nas więcej, niż wynosi roczny budżet naszego państwa. Całego. Kosztowała nas tyle, ile cena 10 nowiutkich lotniskowców, takich jak budowany obecnie dla amerykańskiej marynarki wojennej USS Gerald Ford. Albo tyle, ile wyniosłoby 30 lat programu 500 plus. Ci, którzy organizowali tę bonanzę, ciągle mają pieniądze. I sądzę, że nie szczędzą ich na swoje bezpieczeństwo. Również polityczne. Czy tych pieniędzy jest dużo? Pomyślmy… Jeden przekręt na 700 milionów. A wszystkie partie polityczne w Polsce razem wzięte w 2016 r. według PKW zebrały na swoich kontach… 127 mln zł.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl