Kryzys elit czy kryzys państwa?

Komitet Obrony Demokracji jest w pewnym sensie najłatwiejszą opozycją dla Prawa i Sprawiedliwości. Suma wszystkich blamaży, jakie popełnili ludzie tego ruchu, pokazuje nie tylko fatalny stan opozycji. Wiele mówi także o tym, że liberalny mainstream pozbawiony instytucjonalnego zaplecza nie radzi sobie z rzeczywistością i jedyne, czego żąda, to III RP minus PiS.

Najpierw bieżąca sprawa. Zarzuty zamieniły się w wyrok: lider kapeli muzycznej KOD Konrad M. został w końcu skazany na 6,5 roku więzienia za handel kobietami. Do myślenia daje sam fakt, że człowiek tego pokroju znalazł się na eksponowanym stanowisku w tym środowisku. Jeszcze bardziej jednak zastanawia informacja, którą nowy lider KOD-u Krzysztof Łoziński wprost przekazał w rozmowie z mediami. Otóż Mateusz Kijowski przez długi czas nie tyle przyzwalał Konradowi M. na aktywną działalność publiczną w ramach Komitetu, ile wręcz go promował. Kijowski oczywiście zaprzecza i w dość charakterystyczny sposób sugeruje, że wyrok dla KOD-kapelmistrza może być karą za jego antypisowską działalność. To bardzo wygodne postawienie sprawy, choć chyba tylko wykruszająca się sekta pana Mateusza jest w stanie uwierzyć w taką bzdurę.

Nowe szaty establishmentu

Jak to możliwe, że Konrad M. mógł się spokojnie obnosić ze swoim „demokratycznym aktywizmem” w ramach KOD-u? Cóż, ta hybrydowa organizacja, podobnie jak nieco wcześniej Nowoczesna, powstała jako forma ucieczki Platformy Obywatelskiej przed odpowiedzialnością publiczną za osiem lat sprawowania władzy. Nowoczesna miała być „nową jakością” (choć de facto środowiskowo i światopoglądowo reprezentowała liberalno-europejski mainstream) na gruncie politycznym, a Komitet Obrony Demokracji stanowił obywatelskie pospolite ruszenie. Mateusz Kijowski, którego największym atutem było to, że nikt go właściwie nie kojarzył, był niejako nowym trybunem ludowym.

Z tym że KOD-owski lud w znacznej mierze reprezentował grupy interesów dobrze albo bardzo dobrze funkcjonujące w ramach ośmioletnich rządów Platformy. Ideologię KOD-u zbudowano na semantycznym nadużyciu: obronę demokracji ściśle powiązano z obroną interesów tych, którzy przegrali na zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości i bardzo się przestraszyli konsekwencji tego faktu. Oczywiście apologeci i apologetki KOD-u chętnie przypominają, że są wśród nich również zwykli ludzie. To prawda, ale mechanizm funkcjonowania całości więcej ma wspólnego z obroną establishmentu III RP niźli troską o dobro wspólne czy los przeciętnych Polek i Polaków.

Liberalne elity już dość dawno nieźle opanowały sztukę manipulacji pojęciami: sama nazwa „Platforma Obywatelska”, którą wybrała dla siebie partia władzy, opierała się na sporym politycznym szwindlu. Podobnie KOD i Nowoczesna zagrały pojęciami, z których realną treścią nie mają zbyt wiele wspólnego.

Polska to III RP minus PiS

Nie da się ukryć: dla liberalnych elit Polska to III RP minus Prawo i Sprawiedliwość. Stąd Komitet Obrony Demokracji, a szerzej – opozycja totalna – walczą właśnie o to: o Polskę jako III RP minus PiS. Tym jest dla nich „demokratyczny standard” – próbą powrotu do status quo i coraz bardziej naiwną nadzieją pozbycia się rządzącej obecnie formacji oraz wizją ponownego objęcia pełni władzy. Ale przemiany społeczne spowodowały, że liberalny mainstream wytracił swój potencjał. Większa niż kiedyś część Polek i Polaków nie chce już III RP w jej kształcie sprzed pięciu lat albo sprzed dekady. Rozczarowanie hipokryzją elit i nieprzyjaznymi warunkami życia w kraju przekroczyło masę krytyczną: ani KOD, ani Nowoczesna, ani PO nie pojmują, że już nie wejdą w dawny nurt rzeki.

Cała ta sytuacja bierze się również z narastania sprzeczności, na których wyrosła III Rzeczpospolita. Przejście od ustroju autorytarnego, zbudowanego na władzy monopartii, strukturalnie utrzymywanego przemocą zewnętrzną i wewnętrzną do demokracji parlamentarnej, okazało się o wiele trudniejsze, niż chciałoby przyznać pokolenie twórców III RP. Z pozoru najprościej rzecz miała się z rynkiem: zwijamy państwo, wpuszczamy kapitał. Skutki były jednak na tyle różnorodne – od zdecydowanie pozytywnych do skrajnie negatywnych – że bardzo się zróżnicował opis rzeczywistości III RP. Jedni widzieli tylko pozytywy urynkowienia, ponieważ załapali się na najwięcej (często nieczystymi sposobami), inni widzieli tylko negatywy, ponieważ w trakcie przemian doznali rozlicznych krzywd i wylądowali na niższych szczeblach drabiny społeczno-ekonomicznej.

Dodajmy do tego drugi problem: przepoczwarzanie Polski Ludowej w III Rzeczpospolitą wiązało się z przemianą instytucji państwa. Dziś nie mamy już wątpliwości, że tego typu przebudowa nie idzie zbyt gładko. Państwo polskie, które przez kilka wieków dorobiło się dość schizofrenicznej treści (instytucje jako reprezentacja cudzych interesów, mniej lub bardziej nakierowane na walkę z polskością), wciąż właściwie raczkuje. W warunkach III RP państwo służyło wpływowym koteriom, stawało się zakładnikiem doraźnych partyjnych/oligarchicznych/postkomunistycznych interesów. Konserwatyści mają rację: brak dobrych obyczajów instytucjonalnych, nabywanych w wyniku długiego trwania państwa, sprawia, że pojawia się silny rozziew między życiem instytucji i życiem obywateli.

Tak, problem z Polską po realnym socjalizmie polega na tym, że jest dysfunkcyjna instytucjonalnie i obywatelsko dość bierna. Zarządzanie strukturami i za pośrednictwem struktur nie opiera się na ich długotrwałej wewnętrznej spójności, racjonalności postępowania i utrwalonych etycznych standardach działania, ale na politycznym ręcznym sterowaniu.

Paszportu „Polityki” z tego nie będzie

Platforma Obywatelska wypracowała własny model postępowania w tej materii. Z jednej strony schlebiała swoim wyborcom aspirującym do klasy średniej, z drugiej dbała o interesy grubych ryb kolejnej dekady transformacji – czego najlepszym przykładem jest reprywatyzacja. To wszystko działało, dopóki sprawiało wrażenie, że większość Polek i Polaków na tym skorzysta. Jednak im dłużej PO rządziła, tym bardziej było widać, że całość jest niewydolna instytucjonalnie i gospodarczo. Zielona wyspa okazała się dla sporej części społeczeństwa folwarkiem, na którym trzeba było obrabiać pańszczyznę, i to z pieśnią sukcesu na ustach. Być może młodzi ludzie chętnie by wzięli kolejny kredyt i zmienili pracę – ale państwo Platformy już nawet tego nie mogło im zapewnić.

Wrócę do początku felietonu: wyrok sądowy dla Konrada M., lidera KOD-kapeli, mówi więcej o III RP, niż chcieliby przyznać ludzie establishmentu. Przecież to jest właśnie cień III RP ukazany jak na dłoni: zdesperowane kobiety, które szukały dla siebie lepszego życia na Zachodzie, trafiły na mafię, która wysyłała je do burdeli. Przestępczy proceder, opierający się na ludzkiej biedzie, karmiący się ludzkimi nadziejami i obawami przed brakiem perspektyw, żerujący na czyichś długach i pragnieniu godziwego życia ma twarz „obrońcy demokracji” à la III RP. Oto znakomity materiał na powieść, której pewnie nikt nie napisze. A jeśli nawet napisze, to nie dostanie za to Paszportu „Polityki”.

Jako otwarte traktuję pytanie: czy Prawo i Sprawiedliwość również wyjdzie poza etap ręcznego sterowania państwem? Do tego nie wystarczy rozliczanie Platformy, ale także odpowiedź na pytanie: czy obecnie rządząca partia rozumie państwo inaczej niż poprzednicy? Obrońcy demokracji się skompromitowali. Oby w ich ślady nie poszli apologeci prawa i sprawiedliwości.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Istota bolszewickiego sądownictwa

Wprowadzony w Polsce w 1944 roku system sądownictwa do dziś oparty jest na zasadach sowieckich. Dlatego ludzie, którzy idą do sądu po raz pierwszy, nie rozumieją, dlaczego oczywiste dowody są odrzucane, jasne sprawy są przegrywane, a wyroki uzasadniane w sposób absurdalny.

Z drugiej strony winni ogromnych złodziejstw, nadużyć i ewidentnych kłamstw procesy wygrywają. Przyzwyczajeni jeszcze do cywilizacji łacińskiej, której filarem jest m.in. prawo rzymskie, oczekujemy, że wyrok sądowy będzie oparty na dochodzeniu do prawdy. Tymczasem w doktrynie bolszewickiej Lenina i jej wykładni dotyczącej sądownictwa autorstwa Andrieja Wyszyńskiego prawda nie ma żadnego znaczenia. Według Lenina wyroki sądowe muszą kierować się kategorią celowości, czyli muszą służyć interesom proletariatu reprezentowanego przez partię. Dziś powiedzielibyśmy: ubekistanu. Wyroki muszą byś celowe z punktu widzenia obrony interesów establishmentu III RP, którego stosem pacierzowym jest bezpieka, zwłaszcza wojskowa, i jej najmici. Jak pisał Wyszyński – dodajmy: z pochodzenia Polak z rodziny patriotycznej – „Sąd sowiecki nie jest skrępowany żadnymi formalnymi warunkami i wymaganiami ani odnośnie do oceny dowodów, ani też przy ich zdobywaniu”, ponieważ „sowiecki system dowodów opiera się na zasadzie przekonania wewnętrznego, a mianowicie socjalistycznego przekonania sędziego uzbrojonego w socjalistyczną świadomość prawną i prawdziwie naukową metodologię marksizmu-leninizmu”. Uwspółcześniając, sędziowie ubekistanu uzbrojeni w „Wybiórczą” wydają wyroki na podstawie swojego wewnętrznego przekonania co do celowości orzeczenia. Dlatego idąc do sądu, z góry możemy powiedzieć, jaki będzie wyrok.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl