​Kaczyński jako Ziuk, czyli tandetne analogie

Nastała osobliwa moda na objaśnianie obecnej polityki za pomocą ubierania jej współczesnych aktorów w historyczne kostiumy. Szczególnym wzięciem cieszą się porównania obecnej zjednoczonej prawicy do obozu sanacyjnego II RP, oczywiście w jego schyłkowym okresie. Jarosława Kaczyńskiego z kolei do Józefa Piłsudskiego.

Czynią tak autorzy, którzy nie ukrywają swojego krytycznego stosunku do tradycji Marszałka. Na pierwszy rzut oka taka paralela wydaje się dość atrakcyjna. Rządząca Polską partia sama przecież często odwoływała się do symboliki piłsudczykowskiej, choć, co znaczące, zdecydowanie nie sanacyjnej, ale legionowej. Głosi i realizuje również program głębokiego uzdrowienia polskiej rzeczywistości, co łatwo z łaciny nazwać sanacją. Potem wystarczy już zamienić Sulejówek z Żoliborzem, a Kaczyńskiego nazwać naczelnikiem i analogia wydaje się niemal perfekcyjna. Pozornie!

Gabinety figur woskowych

Sama metoda tłumaczenia obecnych dylematów za pomocą historycznych analogii przypomina częstą chorobę generałów, którzy na ogół są świetnie przygotowani do wygrywania poprzednich wojen, bo zapatrzeni w figurki przesuwane po nieaktualnych mapach tracą z oczu realną sytuację. Nie bez przyczyny nie powiodła się żadna próba reaktywowania przedwojennych ugrupowań politycznych. Wyjątkiem jest dziś jedynie ugrupowanie noszące dumne miano partii Witosa, ale bliższe rzeczywistości byłoby używanie nazwy, jaką nosiła „ludowa” przybudówka komunistycznych właścicieli PRL-u.

Polacy widzą w takich usiłowaniach co najwyżej malownicze grupy rekonstrukcyjne dawnej polityki, mniej lub bardziej sympatyczne, za to zupełnie niezwiązane z potrzebami wyborców. Piszę te słowa jako uczestnik nieudanej próby odrodzenia w 1987 r., a więc jeszcze w podziemiu, wielkiej tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej. O ile jednak w czasach „Jaruzela” sensowna wydawała się próba walki z komuną właśnie poprzez odebranie komunistom zawłaszczonego przez nich patentu na lewicowość, o tyle późniejsze podobne stawały się bez wyjątku rodzajem gabinetu figur woskowych i nie osiągały nawet zauważalnego w sondażach poparcia. Część tych inicjatyw nie stanowi w rzeczywistości próby stworzenia mechanizmu wpływu na przyszłość, a stanowią one raczej próbę wyrównania krzywd z przeszłości związanych z określoną tradycją myślenia politycznego.

Cuda Wszystkich Świętych

Komunistyczna propaganda za swój ulubiony cel obrała tradycję Narodowej Demokracji i jej twórcy Romana Dmowskiego. Do dziś sympatyczni zdawałoby się i spokojni ludzie doznają dziwnego wzburzenia na samo hasło „endecja” lub, co gorsza, „ONR” i z pianą na ustach recytują wykute jeszcze przez komunistów slogany o „faszystach”, „bandytach”, rzekomo niczym nieróżniących się od hitlerowców. Warto więc przypomnieć postać ks. Maurycego Godlewskiego, proboszcza parafii Wszystkich Świętych przy warszawskim pl. Grzybowskim, który przed wojną był działaczem endeckim i sam deklarował się jako antysemita. W czasie wojny natomiast, gdy jego parafia w całości znalazła się na terenie getta, stał się mózgiem siatki pomagającej żydowskim współbraciom. Samych tylko fałszywych metryk chrztu wystawił ponad 4 tys. Długo musiał czekać na uznanie jego zasług przez władze Izraela. Bo jak to, antysemita Sprawiedliwym wśród Narodów Świata? Czym innym jednak było opowiadanie często haniebnych antyżydowskich głupot, a czym innym stanięcie po stronie cierpiących ludzi w godzinie próby.

Ma historyczna endecja swoje za uszami. Jednak nie sposób pominąć roli Dmowskiego w odzyskaniu niepodległości w 1918 r. oraz szkoły analizy politycznej. Czy się z tym kierunkiem sympatyzuje, czy nie, jest on częścią naszej wspólnej tradycji.

Podobne insurekcje

Zrządzeniem losu wspomniany plac Grzybowski w Warszawie stał się miejscem, w którym krystalizował się ruch mający przesądzić o odzyskaniu niepodległości przez Polskę. To właśnie tam w latach 1903–1905 rozpoczynały się robotnicze manifestacje PPS u pod wodzą Józefa Piłsudskiego. Bo tam stał największy wówczas w Warszawie kościół, a robotnicze manifestacje socjalistów obowiązkowo zaczynały się od udziału w mszy świętej. Przesądził, bo to PPS, wraz z jej przybudówkami, jak organizacja bojowa PPS, stała się centrum narodowej irredenty łączącej ludzi o różnej wrażliwości politycznej i włączającej, dzięki programowi socjalnemu, w polską sprawę szerokie rzesze ludzi z uboższych warstw, którzy w marzeniu o wolnej Polsce zobaczyli również nadzieję na sprawiedliwy kraj.

Słowo „socjalizm” znaczyło tyle, co wiele lat później słowo „solidarność”. To oni wyruszali legionowymi pułkami z krakowskich Oleandrów i to oni swoimi szablami wyrąbali nam Polskę w 1920 r. Wreszcie to ten właśnie ruch wykształcił sporą część elity państwowej II Rzeczypospolitej. A po osiągnięciu niepodległości… natychmiast się rozpadł, a byli towarzysze nieraz zaciekle się zwalczali. W naszych czasach dane nam było obserwować podobny proces. Solidarność związkiem zawodowym była tylko de nomine, a w istocie 10 mln jej członków prowadziło swoistą niezbrojną insurekcję narodową. Żeby ją zdławić, trzeba było wypowiedzieć Polakom regularną wojnę i to pomimo licznych (niestety) w jej kierownictwie „Bolków”. Schemat znowu się powtórzył. Działacze rozprysnęli się po wszystkich (niestety łącznie z komunistami) partiach politycznych. Część z nich, najbardziej przewidująca, widziała nowe czarne chmury nad Polską.

Manowce liberalnej demokracji

Oto w rzekomo demokratycznych i niepodległościowych dekoracjach komuniści wraz z częścią elit Solidarności skonstruowali narzędzie opresji nad Polakami i władzy postkomunistycznej oligarchii systemowo rozkradającej majątek narodowy, stanowiącej rodzaj okupacji wewnętrznej. Służyły temu nieustanne propagandowe „młotkowanie” mediów oraz system tzw. demokracji liberalnej, która na naszych oczach wszędzie przeżywa głęboki kryzys. Podobnie bowiem jak „demokracja socjalistyczna” w istocie oznacza niemal całkowity brak sprawstwa „demosu”, czyli obywateli, którzy mogli sobie głosować, ale nawet w USA i tak wygrywało… PSL. W Polsce na to zjawisko nałożyły się także znaczące wpływy zewnętrzne sprawiające, że polska polityka realizowała cudze interesy, a w rezultacie procesy zagrażające dalszemu istnieniu polskiego państwa. Stąd też polska odpowiedź na szersze zjawisko kulejącej demokracji musiała być (i była) najbardziej dojrzała.

Długa droga do Sulejówka

Błędem jest postrzeganie procesów zapoczątkowanych przez zwycięstwo obozu zjednoczonej prawicy wyłącznie przez pryzmat partyjnej gry interesów. Stawką nie było przecież wygranie wyborów i objęcie władzy, tylko zasadnicza zmiana suwerena i przywrócenie władzy oraz poczucia godności Polakom. Zapewnienie im bezpieczeństwa zarówno ekonomicznego, jak i w wymiarze militarnym. Odbudowa aparatu państwowego i elementarnej sprawiedliwości. Ma rację Piotr Gociek, który porównał obecny rząd do rowerzysty, który zmuszony jest gruntownie naprawiać rower, na którym jedzie. Co więcej, dokręcić należy wszystkie śrubki jednocześnie, bo nie da się uzdrowić samego np. wymiaru sprawiedliwości bez uznania, że całe państwo zaczynamy traktować poważnie. Na tej drodze jest już sporo poważnych sukcesów, ale daleko jeszcze do przekroczenia masy krytycznej, która zapewni dalszą ich nieuchronność. A wszystko to przy, delikatnie mówiąc, niechęci zagranicy i blisko 80 proc. mediów. Sięgającym po analogie historyczne należy wskazać, jeżeli porównanie do Piłsudskiego ma jakikolwiek sens, to z pewnością nie do okresu pomajowego Sulejówka, a raczej do chwili, gdy 11 listopada 1918 r. komendant Ziuk przyjechał do Warszawy. I wszystko trzeba było zbudować od nowa. A rzeczywista opozycja, która zastąpi rozwrzeszczane partie obsługujące interesy postkomunistów, wyjdzie z PiS-u, jak ten już ostatecznie wygra. Z pewnością nie będzie to kreowana na siłę neoendecja czy inna PIWONIA (Prawica, Wolnościowcy, Narodowcy i Antysystemowcy).

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Istota bolszewickiego sądownictwa

Wprowadzony w Polsce w 1944 roku system sądownictwa do dziś oparty jest na zasadach sowieckich. Dlatego ludzie, którzy idą do sądu po raz pierwszy, nie rozumieją, dlaczego oczywiste dowody są odrzucane, jasne sprawy są przegrywane, a wyroki uzasadniane w sposób absurdalny.

Z drugiej strony winni ogromnych złodziejstw, nadużyć i ewidentnych kłamstw procesy wygrywają. Przyzwyczajeni jeszcze do cywilizacji łacińskiej, której filarem jest m.in. prawo rzymskie, oczekujemy, że wyrok sądowy będzie oparty na dochodzeniu do prawdy. Tymczasem w doktrynie bolszewickiej Lenina i jej wykładni dotyczącej sądownictwa autorstwa Andrieja Wyszyńskiego prawda nie ma żadnego znaczenia. Według Lenina wyroki sądowe muszą kierować się kategorią celowości, czyli muszą służyć interesom proletariatu reprezentowanego przez partię. Dziś powiedzielibyśmy: ubekistanu. Wyroki muszą byś celowe z punktu widzenia obrony interesów establishmentu III RP, którego stosem pacierzowym jest bezpieka, zwłaszcza wojskowa, i jej najmici. Jak pisał Wyszyński – dodajmy: z pochodzenia Polak z rodziny patriotycznej – „Sąd sowiecki nie jest skrępowany żadnymi formalnymi warunkami i wymaganiami ani odnośnie do oceny dowodów, ani też przy ich zdobywaniu”, ponieważ „sowiecki system dowodów opiera się na zasadzie przekonania wewnętrznego, a mianowicie socjalistycznego przekonania sędziego uzbrojonego w socjalistyczną świadomość prawną i prawdziwie naukową metodologię marksizmu-leninizmu”. Uwspółcześniając, sędziowie ubekistanu uzbrojeni w „Wybiórczą” wydają wyroki na podstawie swojego wewnętrznego przekonania co do celowości orzeczenia. Dlatego idąc do sądu, z góry możemy powiedzieć, jaki będzie wyrok.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl